Black Mesa | Recenzja | Cross-Play

Black Mesa

Cross-play się przełamało (a raczej nasz Naczelny dostał od Nynka propozycję nie do odrzucenia) i w końcu mamy możliwość pisania o grach na PC. W takim przypadku nie mogło zabraknąć legendarnej serii jaką jest Half-Life. Jednak tym razem poruszymy temat cudu tworzonego kilkanaście lat przez grupę zapaleńców. Witamy w Black Mesa.


Pracę nad projektem rozpoczęto niedługo po premierze Half Life 2. Pierwotnie projekt dwóch różnych moderów przerodził się w jeden wspólny plan stworzenia jednej gry pod banderą Black Mesa: Source. Wówczas Valve poprosiło o usunięcie z nazwy Source, aby nie było nieporozumień, kto pracuję nad daną grą, więc ekipa przemianowała nazwę studia na Crowbar Collective. W tym momencie moglibyśmy zakończyć tekst zwrotem informującym o wysłaniu przez panów w garniturach stosownego dokumentu w celu zaprzestaniu prac nad danym projektem, inaczej sprawa zakończy się sądzie. Na szczęście Valve jest jednym z nielicznych wyjątków przeczących regule i proponuje takim projektom zielone światło. Co ciekawsze, firma sama zaoferowała, aby studio mogło legalnie sprzedawać swoje dzieło na Steamie. Jednym słowem cuda się zdarzają.

Black Mesa to remake pierwszej odsłony Half-Life. Wizja fanów, jak powinien wyglądać oryginał z zachowaniem tego co najlepsze. Tak można opisać tytuł w całkowitym skrócie. Jednak dla tych, co w nie znają serii, lub jej nigdy nie ograli (są tacy?) to za mało. Śledzimy losy młodego naukowca Dr Gordona Freemana (nie, nie tego aktora o tym samym nazwisku), który pracuje jako fizyk teoretyczny w ośrodku badawczym Black Mesa. My, jako gracze jesteśmy oczywiście świadkami tego, gdy w czasie badań „coś poszło nie tak”, otwiera się międzywymiarowa szczelina, która łączy nasz świat ze światem zwanym Xen, przez który obcy przedostają się do placówki siejąc przy tym śmierć i zniszczenie. Jednak nasz naukowiec, choć należy do tych małomównych (stare dobre czasy) nie daje sobie w kaszę dmuchać i postanawia wziąć sprawy (i łom) w swoje ręce.

Black Mesa | Recenzja | Cross-Play

Gameplay to czysta poezja końca lat 90-tych XX w. Tytuł zachował swój oryginalny charakter, więc nie prowadzi nas za rączkę. Nie ma strzałki prowadzącej do celu, nie ma drzewek umiejętności czy side-questów. Jesteśmy my gracze, nasz niemy bohater, NPC, z którymi możemy wejść w proste interakcje (mogą nam w pewnych momentach pomóc), liniowy, wielopoziomowy świat pełen zakręconych lokacji, które odwiedzimy podążając wraz z intrygującą fabułą. Bezbronni nie będziemy. Do wyboru będziemy mieli różnorodną broń palną, czasem tą futurystyczną oraz silniejsze środki perswazji jak granaty, zdalnie odpalane ładunki wybuchowe, czy wyrzutnie RPG. Oczywiście nie mogło zabraknąć broni białej pod postacią charakterystycznego łomu (kto powiedział, że taka broń nie może być praktyczna i jednocześnie zabójcza?).

Ci, co ograli pierwowzór, dostaną masę easter-eggów i smaczków, nawiązujących nie tylko do pierwszej odsłony, ale całej serii Half-Life. Oczywiście największą przemianę otrzymał końcowy rozdział Xen.

To tytuł z klimatem przez duże K. Już sam początek w którym przemierzamy placówkę badawczą za pomocą napowietrznej kolei szynowej do dziś robi wrażenie. Jak na dzisiejsze standardy, wstęp jest niewiarygodnie powolny. Lecz na początku milenium, to właśnie w ten sposób zachęcano gracza do poznania świata, z którym będzie obcował. Nie potrzeba intra na 30 minut z renderami, mówiącymi nam o świecie, czy tutorialu na dwie godziny, gdzie co minutę wyskakuje nam samouczek lub jakiś przydupas wyjaśniający mechanikę.

Dobry „game design” to taki, w którym gra zachęci nas do działania i nie przytłoczy ilością rzeczy na samym początku. Korzystanie z broni? Nauczysz się tego podczas inwazji. Elementy logiczno-platformowe? Dojdziesz do tego w swoim czasie. W tym wszystkim najważniejsze jest to, że gra nie traktuje gracza jak idioty. Od tego jest fizyka świata i jasno wytyczone granice. Nasz bohater to nie G.I. Joe robiący fikołki i podwójne skoki. Dzięki kombinezonowi H.E.V. Gordon może dalej skakać, biegać szybciej, jest trochę osłonięty przed ogniem czy chemikaliami, ale to nie robi z niego Master Chiefa z Halo w połączeniu z Ryu z Ninja Gaiden.

Black Mesa | Recenzja | Cross-Play

Przemierzając placówkę Black Mesa, próbując ratować naszych kolegów po fachu, nie dając się zabić obcym, a później i wojsku (w momentach totalnej wpadki Amerykanie uwielbiają usuwać swoje błędy i problemy w bezpośredni sposób) przemierzamy nie tylko sam ośrodek badawczy, ale odwiedzimy także ścieki, tamę wodną (łudząco przypominającą tę Hoovera) i jej okolice, które żywo przypominają Nevadę. Przemierzymy trochę: jaskiń, tunelów, bunkrów, czy powalczymy w starym dobrym stylu ze śmigłowcem Apache AH-64. Wiele z tych lokacji została zmodernizowana. Niektóre miejsca zostały całkowicie przebudowane, inne nabrały detali (mnogość obiektów, dodatkowe efekty graficzne etc.), jednocześnie twórcy starali się być wierni oryginałowi. Efekt jest świetny.

Ci, co ograli pierwowzór, dostaną masę easter-eggów i smaczków, nawiązujących nie tylko do pierwszej odsłony, ale całej serii Half-Life. Oczywiście największą przemianę otrzymał końcowy rozdział Xen. Tutaj developerzy pokazali klasę samą w sobie. Nie dość, że lokacja nabrała potrzebnego charakteru, tak teraz jest jasno i klarownie połączona z naszym światem i samym ośrodkiem badawczym. Dzięki nowym modelom i efektom graficznym, raz – nie idzie się zgubić, dwa – lokacja zapiera dech w piersiach i aż chce się lizać ściany, by dowiedzieć się co jest za rogiem. Co z dźwiękiem? W oryginale, za sferę dźwiękową odpowiadał Kelly Bailley (ten Pan dalej pracuję w Valve). W remake’u stery przejął Joel Nielsen. Śmiało mogę napisać, że ekipa postarała się, aby każdy miał do dyspozycji własne preferencje i opcji jest kilka: słuchawki, klasyczne stare, lub dźwięk przestrzenny 5.1 i 7.1. Sam wybrałem opcję 5.1 i uważam, że sfera ambientowa została wykonana na szóstkę.

Odgłosy Headcrabów, Zombie, Barnacle’i i reszty tałatajstwa są wyciągnięte z oryginału i podciągnięte pod współczesne standardy, zaś dźwięki broni (zwłaszcza tej palnej) starają się być wierne prawdziwym odpowiednikom. Utwory muzyczne to już kwestia gustu. Nie sprawdzałem dokładnie, ale są miejsca, gdzie mam wrażenie, że niektóre kompozycję to zremasterowane kawałki z oryginału, inne z kolei trzymają się oryginalnej koncepcji dodając swoje małe „ja”. Są też nowe kompozycje – na siłę żywiołowe (najczęściej pojawiają się przy w konkretnych starciach) i bije od nich miks rocka z popem. Same w sobie nie są złe, ale osobiście nie wydaję mi się, aby pasowały do tej gry. Half-Life to nie Doom i przydałaby się drobna zmiana w repertuarze.

Black Mesa | Recenzja | Cross-Play

Czy coś nie „zagrało” w tym remake’u? Szczerze, oprócz nietrafionych utworów, boli fakt pełnego wsparcia dla padów. Sterowanie niekompletne i nieprecyzyjne, a szkoda, bowiem oryginalna seria od Valve jest do tego przystosowana (może to głównie zasługa wydania Orange Box w 2007 r., który wyszedł także na X360 i PS3) przez co osoby posiadające Steam Decka mogą mieć problem z komfortowym ograniem tytułu.

Podsumowanie? Black Mesa to remake jakich niewiele. Projekt, który pierwotnie miał być modem do gry (blisko 17 lat temu), ostatecznie stał się świetnym remakiem. Żadnych udziwnień, klasyka sama w sobie, której osobiście bardzo brakuje mi w dzisiejszych czasach. Fani tejże serii, musieli mocno uzbroić się w cierpliwość, aby otrzymać jakikolwiek nowy twór, ale stało się – jeśli ktoś posiada jeszcze gogle VR i dobrego PC-ta to w 2020r. od samego Valve wyszedł Half-Life: Alyx.


W połączeniu z projektem od Crowbar Collective mamy świetne pożenienie starego z nowym. Osobiście tytuł polecam każdemu, zwłaszcza wychowanym w latach 90-tych, co myśląc o PC odpowiadają – Half-Life.

Black Mesa | Recenzja | Cross-Play

4.8 5 votes
Oceń Wpis
Subscribe
Powiadom o
guest

2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

Niech Cię panna HeadCrab pożre!! Gabe – Ty chory kutasiuarzu – do trzech nauczyć się liczyć!

Same w sobie nie są złe, ale osobiście nie wydaję mi się, aby pasowały do tej gry. Half-Life to nie Doom i przydałaby się drobna zmiana w repertuarze.

Osobiście uwielbiam mocniejsze brzmienie i kiedy usłyszałem utwór ‘Forget About Freeman’ od Nielsena, aż chciało mi się wybijać żołnierzy. Świetny kawałek, ale wiadomo, co kto lubi 😉

https://www.youtube.com/watch?v=9OacXUzTNXo

2
0
Napisz co myślisz, zostaw komentarz.x