Pokémon FireRed & LeafGreen
W tym roku gigant z Kioto postanowił uczcić 30-lecie marki Pokémon, udostępniając nam odsłony FireRed i LeafGreen na Nintendo Switchu. Spora grupa osób spojrzy na to jak na coś więcej niż zwykły port leciwych gier z Game Boya Advance. Dla fanów serii może się to okazać sentymentalną podróżą do czasów dzieciństwa. Jednak czy w obecnych czasach wspomniane tytuły mogą zaoferować graczom coś więcej poza nostalgią? Zapraszam do recenzji.
Trzydziesta rocznica powstania kieszonkowych potworów to niepowtarzalna okazja, by zrzucić na rynek prawdziwą bombę. Zapewne wielu fanów (w tym również ja) liczyło na wyrywającą z kapci niespodziankę. Niestety w tym przypadku opad szczęki może wynikać bardziej z rozczarowania aniżeli z zachwytu. Otóż do naszych konsol zawitały porty remake’ów gier z pierwszej generacji. Te zaś miały swoją premierę w 2004 roku na Game Boyu Advance. Dodam tylko, że FireRed i LeafGreen bazowały na oryginalnych Red oraz Green (tę ostatnią, pozbawioną wielu błędów, wydano na Zachodzie jako Blue) z 1996 roku. Po więcej informacji na temat pierwszych odsłon z Game Boya, zapraszam do mojego wpisu o krótkiej historii powstania serii.

Potęga pierwszej generacji
Nie da się ukryć faktu, że Red i Green już od chwili premiery królowały na przenośnych konsolach Nintendo. Gry, a następnie manga, anime, karcianka czy zabawki sygnowane logiem popularnych stworków podbiły świat. Ludzie oszaleli zarówno na punkcie gier, jak i całej ich popkulturowej otoczki. Nic zatem dziwnego, że to pierwsza seria zapadła wielu osobom w pamięć jako ta wyjątkowa i najlepsza. Chociaż współczesne odsłony cyklu przeszły wiele zmian, fundamenty położone przez Red oraz Green są w nich nadal obecne. Warto dodać, że w 1999 roku, na fali serialu animowanego, Nintendo wydało bliźniaczą, specjalną edycję – Pokémon Yellow. Poza minimalnie lepszą grafiką i animacjami, główną różnicą rzucającą się w oczy była fabuła zaczerpnięta z anime. Zatem, zamiast trzech podstawowych starterów (Bulbasaur, Charmander i Squirtle), mieliśmy Pikachu, który dodatkowo mógł za nami podążać. Oczywiście zmian było o wiele więcej, ale o tym może innym razem.
Choć wspomniane odsłony były w oczach fanów solidnymi produkcjami, nie były one pozbawione wad i pewnych archaizmów, wynikających ze słabej mocy konsolki. W związku z tym, już podczas trzeciej generacji, czyli zaledwie osiem lat później, Wielkie N wydało na rynek remake’i odsłon Red oraz Green. Zatem, jak widać, Nintendo już ponad dwadzieścia lat temu stosowało powszechną dziś praktykę odświeżania gier (oczywiście firma nie była pionierem w tym temacie).

Stare szaty króla
FireRed i LeafGreen wprowadziły sporo nowych zmian w stosunku do oryginału. Najbardziej widoczną była oczywiście oprawa wizualna, która opierała się już na nowym silniku gier, z którego korzystały wydane wcześniej na GBA Ruby i Sapphire. Ponadto dodano zremasterowaną ścieżkę dźwiękową (plus kilka nowych utworów), nowe lokacje, odświeżone mechaniki, poprawiony interfejs… można by było jeszcze długo wymieniać. Co zatem dostajemy w wersji na Nintendo Switch? Nietkniętą oprawę graficzną, „pikającą” muzykę, przestarzały i mało wygodny (bo niezmieniony) interfejs… a to wszystko za 90 złotych per gra. Niestety, wbrew wszelkiej logice czy oczekiwaniom, zamiast wrzucić gry do abonamentu Nintendo Switch Online, Nintendo potraktowało je jak zupełnie nowe produkty. Kuriozum polega na tym, że użytkownicy konsoli, opłacając abonament, mają dostępne gry pokroju Fire Emblem czy Legend of Zelda z GBA. To zrozumiałe, że firma chce dodatkowo zarobić na swojej najbardziej kultowej marce, ale nawet porty Pokémon Gold czy Silver na 3DS-a były wycenione na połowę tej kwoty. Sprawa mogłaby wyglądać inaczej, gdybyśmy dostali do rąk wersję fizyczną, dostępna jest jednak tylko cyfrowa.
Grafika nie powinna być dużym problemem dla fanów retro. W trybie przenośnym gra wygląda okej, ale nie radzę ogrywać jej na wielkim telewizorze. Co tu dużo pisać, rozciągnięte piksele biją mocno po oczach i niestety, mimo sentymentu, psują całą zabawę. FireRed i LeafGreen prezentują się lepiej na moim starym GBA, z wymienionym ekranem na LCD, niż na kilkudziesięciocalowym TV.
Niezrozumiałym jest dla mnie również fakt, że gry nie posiadają trybu online. Przecież nawet w gry z NES-a (dostępne w abonamencie) mamy możliwość grać z przyjaciółmi przez sieć. Co zamiast tego mają Pokémony? Starodawną możliwość bezprzewodowej wymiany stworków, jednak tylko wtedy, gdy dwie konsolki są obok siebie. No cóż, trzeba przyznać, że to klimatyczne jak cholera.
Marginalne zmiany
Skłamałbym jednak, pisząc, że są to zwykłe porty. Zmiany, owszem, są, ale docenią je tylko prawdziwi wyjadacze serii. Jedną z niewielu nowości jest możliwość zdobycia dwóch specjalnych biletów: Mystic Ticket i Aurora Ticket. W oryginalnych wersjach były one dostępne tylko podczas limitowanych eventów. Teraz, po pokonaniu Elite Four, dostajemy je automatycznie, co otwiera nam łatwiejszą drogę do złapania Lugii czy Ho-Oha na wyspach Navel Rock i Birth Island. Jest to dość miły gest ze strony Nintendo, dzięki któremu możemy prościej i bez kombinowania zapełnić cały Pokédex. Gry są też teoretycznie kompatybilne z aplikacją Pokémon Home, która służy do przenoszenia naszych stworków między różnymi grami z serii. Zanim jednak pokemaniacy zaczną planować, które ze swoich poksów poprzenosić, warto wspomnieć o tym, że w praktyce ta funkcja jest bardzo ograniczona. W dużym skrócie: transfery są nieodwracalne. To oznacza, że możemy wysłać stworka do aplikacji Home, ale nie możemy z niej żadnego przetransferować do gry. Wymiany są tylko jednokierunkowe.

Natomiast cała reszta to klasyk w najlepszym wydaniu. Nie zabraknie tu tego, za co fani pokochali niegdyś tę serię. Należy nastawić się na czasochłonny grind z wymianą stworków podczas walki. W przeciwieństwie do nowych odsłon cyklu, stworki, które nie brały udziału w walce, nie otrzymują punktów doświadczenia. Klasyczna, szczątkowa fabuła? Obecna. Stare, turowe mechaniki? Są. To elementy, za które jedni uwielbiają stare odsłony, inni zaś nienawidzą. Do tego dodajmy TM-y, HM-y czy brak możliwości szybkiej ucieczki z jaskiń. To wszystko sprawia, że klasyczne odsłony były o wiele większym wyzwaniem niż najnowsze iteracje franczyzy. Oczywiście jedną z głównych różnic między obiema wersjami jest występowanie pokémonów w jednej wersji, której brakuje w drugiej i vice versa. Zatem aby zebrać je wszystkie, musicie mieć przy sobie kolegę lub koleżankę z inną wersją niż wy, ewentualnie obie gry i dwie konsolki.
Komu, komu, bo idę do domu
Można zatem postawić pytanie: Do kogo właściwie są kierowane te Pokémony? Jeżeli jesteście fanami serii i dorastaliście za czasów pierwszej generacji pociesznych stworków, to zdecydowanie będzie to idealny pretekst do odświeżenia sobie wspomnień. W tym przypadku żerowanie na nostalgii jest największym atutem gry. To dokładnie te same gry co ponad dwadzieścia lat temu, wraz ze wszystkimi ich zaletami i wadami, a także możliwością odpalenia ich legalnie na dzisiejszych konsolach Nintendo. Nie bez powodu użyłem tutaj słowa „legalnie”. Zaokrąglony koszt, w postaci dziewięćdziesięciu złotych za grę, z którą nie zrobiono praktycznie nic, to dużo. Z drugiej strony jest to najtańszy legalny sposób ogrania kultowych odsłon. Rynek wtórny jest bezlitosny. Oryginalne kartridże coraz trudniej dostać, a do tego ich ceny potrafią sięgać kuriozalnych poziomów. Jeżeli natomiast ktoś posiada w swojej kolekcji wspomniane gry, to zdecydowanie nie warto wydawać tych dziewięciu dyszek. Ilość nowości jest znikoma i zdecydowanie lepiej jest ograć „oryginały”.
Całą resztę, która jednak nie ma innej możliwości powrotu do recenzowanych tutaj gier lub chce po prostu pierwszy raz spróbować swoich sił w klasycznych odsłonach serii, zachęcam, aby poczekać na solidną przecenę. Wtedy można sprawdzić. Czy takowa nastąpi? W przypadku Nintendo mam wątpliwości. Ostatecznie można ruszyć głową i użyć wyobraźni… Osobiście, bez uzupełniania Pokédexu, grę ukończyłem w niecałe 20 godzin. Czy dobrze się bawiłem podczas grania? Oczywiście. A czy grało mi się lepiej niż na starusieńkim GBA? Wygodniej, chociaż niekoniecznie lepiej, niestety. Na koniec dodam, że gry chodzą identycznie zarówno na pierwszym, jak i na drugim Switchu.












