Side Quest #1 (luty 2026)

Dzisiaj prezentujemy wam nowy format, który miejmy nadzieję na stałe zagości w kalendarzu naszych publikacji: Side Quest. Cóż to takiego? Comiesięczny cykl mini-felietonów autorstwa większego grona redaktorów, poruszających wszelakie tematy związane z rozrywką elektroniczną (choć nie tylko).


Wspomnień czar


Side Quest - Hrabiahrabia: Zgodnie z niepisaną tradycją hrabiego domostwa, w każdy  Nowy Rok odpalam nową gamingową przygodę. W 2025 była to nowość – Bloodborne. W tym roku postanowiłem wrócić na stare śmieci, czyli Normandię, naszą mobilną bazę wypadową w grze Mass Effect. Ponownie bawię się świetnie, jednak poza radością, kłują mnie w serce kryształki smutku i nostalgii.

Powód? Ułomność naszych wspomnień, które do wielu growych przeżyć potrafią dopisać sobie niejeden życiowy kontekst. Tak się składa, że sympatię w tematyki science fiction zagnieździł we mnie mój ojciec. Zrządzeniem losu jest więc fakt, że jego odejście nastąpiło akurat w momencie, w którym po raz pierwszy ogrywałem Mass Effecta w 2019 roku. Ilekroć więc trafiam na klimatyczną mapę galaktyki, mam ochotę powiedzieć, „Cześć tato, co tam u Ciebie słychać”?

Nie wiem czy też tak macie, ale dość spory bagaż wspomnień powiązany jest w mojej głowie z konkretnymi tytułami, które ogrywałem w pewnym momencie swojego życia. Gdy pomyślę sobie o chłodnym pokoju w mieszkaniu mojej babci, z puszystą jak Precious Lee kołderką, przed oczami mam malutki telewizorek CRT z podpiętym Pegazusem i grą Adventure Island na ekranie. Gdy po całodniowym plażowaniu nad jeziorem, wieczorem siedzę sobie przy komputerze i smaruję Panthenolem przepieczone nogi, na ekranie zawsze widzę kanał Battle-Net w Diablo II.

Boże Narodzenie? Wśród unoszącego się po całym domu zapachu pierników i kolędowych klasyków Krzysztofa Krawczyka, widzę małoletniego siebie przykutego do konsoli PSX i grającego na zmianę w Blade’a i Raymana 2. Pierwszy Far Cry? Siedzę z gorączką w wynajmowanym mieszkaniu w centrum miasta i pomiędzy kolejnymi zgodami, małymi łyczkami popijam sobie Gripex Hot. Pierwszy God of War z 2005 roku? Walcząc z przypominającym minotaura Pandora’s Guardian, do pokoju wchodzi moja mama oznajmiając mi, że jeden z moich wujków popełnił samobójstwo. Szok, i chyba dlatego zapamiętałem nawet konkretny moment w grze.

Takich przykładów nazbierałbym znacznie więcej. Wiedźmin 3 – narodziny syna. Borderlands – krótkie misje pomiędzy uspokajaniem bobasa. Hearthstone – zepsucie się laptopa mojej dziewczyny. Nie pytajcie o szczegóły… [dobrze wiesz, że spytam – przyp. Hagen]. I tak dalej, w ten deseń… i wiecie co? Chyba kiedyś rozpiszę się na temat nieco bardziej. Póki nie dopadła mnie starcza demencja i wspomnienia te ciągle w sobie kumuluję. Jestem odosobnionym przypadkiem, czy też takiego czegoś doświadczacie? Sekcja komentarzy jest dla was.

PS. Dobra, a teraz przyznać się, ilu z Was wygooglowało kim jest Precious Lee <banana smile>.


Przybyłem, zobaczyłem, zasnąłem


Side Quest - HagenHagen: W ostatnich dniach gruchnęła plotka, że planowany na 2027 rok Tomb Raider: Catalyst ma być podobno największym open-worldem w historii serii. Brzmi jak przechwałka, mająca przekonać do siebie ludzi? Być może. We mnie jednak wywołała ciężkie westchnienie niż ekscytację. Szczerze mówiąc, już dobre 5–6 lat temu (a jeśli się uprzeć, to i dekadę wstecz), gdzieś w okolicach premiery Assassin’s Creed Unity, hasło „ogromny otwarty świat” zaczęło mnie zwyczajnie męczyć.To nie tak, że nie lubię w grach przestrzeni.

Problem upatruję w tym, że wielkość zbyt często nie idzie w parze z jakością treści, a czasami też i ze zdrowym rozsądkiem. Zamiast ciekawego i intrygującego świata dostajemy ciągnące się kilometrami mapy. Są upstrzone tymi samymi aktywnościami i ikonkami, zmienia się jedynie otoczenie. No i tak się oto według twórców ma kręcić rytuał odhaczania kolejnych rzeczy na liście do ukończenia.

Side Quest - Rise of the Tomb Raider

Wciąż mam w pamięci swoją, dość krótką, przygodę z drugą częścią Survivor Trilogy, czyli Rise of the Tomb Raider. Quasi-otwarty świat i udawane RPG zostały rozbudowane względem rebootu z 2013 roku, co całkowicie mnie odrzuciło. Poczułem, że to już nie jest przygoda dla mnie. Seria została przesterowana ze swojego przygodówkowego klimatu wcześniejszych odsłon na bloat z masą drzewek rozwoju. Ale ja nie chcę drzewek rozwoju, chcę grać przebojową i najlepszą w swoim fachu panią archeolog…

Czy Tomb Raider nie zyskałby więcej na mocnej, liniowej przygodzie, z okazjonalnym, bardziej otwartym etapem? Czasem mniej przestrzeni to więcej przygody. Liczę na to, że plotka ta okaże się faktycznie tylko plotką, a twórcy odpuszczą sobie takie uszczęśliwianie ludzi na siłę. Świat może być otwarty, ale horyzonty pozostaną dość ograniczone.

 


Aaaaaaaapokaaaaaaaaaalipsa!!


Side Quest - GrifterGrifter: Słyszeliście o Ghost Player? Nie, to nie jest ksywka nowego czytelnika portalu Cross-Play, jeno nazwa systemu, gdzie SI miałaby przejmować kontrolę nad postacią gracza, gdy ten jest skończonym lamerem i trzydzieści razy nie potrafił wskoczyć na mały murek. Domyślam się, że konsola, a może i kontroler przemówi do Ciebie ciepłym kobiecym głosem – „Czy mogę ci pomóc, wskoczyć na ten murek?”. Przyznacie, że to poziom wyższy niż ten, gdy na ekranie pojawia się komunikat, czy może nie zmniejszyć poziomu trudności? Lub gdy gra sama ułatwia ci pokonanie trudniejszego przeciwnika. SI oszukuje? A to ci nowość. Fajnie jak na Twoją korzyść.

Sony opatentowało to już w 2024 roku, ale bomba wybuchła dopiero teraz, na początku 2026. Jak można się domyślić, informacja wywołała burzę w sieci. Pesymiści obwieścili koniec gamingu, jaki znamy. Optymiści uznali, że to fajnie, że koń sobie sam pojedzie do lokacji oddalonej o 2 kilometry, a oni zaparzą w tym czasie herbatę. Szydercy z kolei oznajmili, że „wreszcie przejdą Dark Souls”.

Side Quest - Dark Souls

Co to znaczy dla graczy? Nic nie znaczy. Korporacje patentują wszystko, co im do durnego łba przyjdzie. Na zaś. By nikt ich nie ubiegł. Po prostu. Pamiętacie, jak WB opatentowało świetny system „Nemesis” z gry Shadow of Mordor? Ten jest w rękach włodarzy z Warnera (który sam niedługo może przejść pod zarząd Netfliksa) do 2036 roku. Unikalne patenty trzeba trzymać. I nie wypuszczać ich z rąk.

Czy gry zaczną przechodzić się same? Też tak kiedyś myślałem, gdy w Uncharted autosave „robił się” co minutę, a w Gears of War wystarczyło schować się za murkiem, by zdrowie ci się zregenerowało. A później powstały te wszystkie gry od FromSoftware (Dark Souls, Elden Ring), które sprzedały się w dziesiątkach milionów egzemplarzy. A później pojawił się wysyp rogalików, croissantów, lagunów. I gracze zakochali się, by ginąć po trzech krokach. A później po czterech. Po dziesięciu. Żyjesz, giniesz, powtarzasz. Żyjesz, giniesz, powtarzasz. Żyjesz, giniesz, powtarzasz…

Spokojnie więc z tą apokalipsą. Będzie taka sama, jak wszystkie inne. Nic się nie stanie. Trudne gry będą dalej trudne, a łatwe dalej łatwe. Najwyżej pani z miłym głosem, gdy włączysz „ghost player”, powie Ci, że – „jesteś słodki, ale wyłączę Ci teraz trofea”. Que sera sera.