Side Quest #10 (listopad 2026)

Witajcie w kolejnej odsłonie Side Quest! Małymi krokami zbliżamy się już do końca roku, Halloween za nami, ale branża growa nie zwalnia tempa. Ostatni czas dał jednak kolejne okazje do przemyśleń. May_Day robi rachunek sumienia po ukończeniu egipskiego Asasyna, Hagen zbiera się do starcia z Różową Grą, a Gomlin, w nieco melancholijnym nastroju, przedstawia kilka przemyśleń na temat branży gier, zainspirowanych niedawnym świętem przebierańców i zestawieniem strasznych momentów w grach. Zapraszamy!


Wirtualna turystyka


SideQuest - May_DayMay_Day: Byłem fanem serii Assassin’s Creed mniej więcej do czasu, gdy wyszło Unity i Syndicate. Nie były to co prawda złe gry, ale ta pierwsza wkurzyła mnie bezczelnie zablokowaną zawartością w grze („użyj naszej apki w telefonie, by otworzyć skrzynię!”), ta druga zaś rozczarowała mnie fabułą zalatującą filmem akcji dla dwunastolatków.

Ostatnio z kolei ukończyłem Origins, które początkowo mnie zachwyciło. Widać było w nim wpływ zespołu stojącego za oryginalnym Black Flagiem. Początek opowieści był dość mocny, a świat przepiękny i pełen rzeczy do zrobienia – powtarzalnych, ale tutaj zamiast innowacji oczekiwałem znajomej, przyjemnej pętli rozgrywki. Bawiłem się dobrze do pewnego momentu.

Widząc, że fabuła rozpływa się w morzu rozpraszaczy, zdałem sobie sprawę, że Origins od początku nie miało mnie mamić historią, lecz czyszczeniem ogromnej mapy z krokodyli i Rzymian. I mam świadomość, że fabuła nigdy nie stała w tej serii na pierwszym miejscu, ale jednak stanowiła istotne spoiwo wydarzeń rozgrywających się na ekranie. I tak, wiem, Assassin’s Creed od początku umożliwiał nam uprawianie wirtualnej turystyki. Ale od kiedy prześliczny setting i otwarty świat wykluczają napisanie dobrej fabuły? Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten element gry został po prostu olany. A bez niego Origins to zwykły pożeracz czasu – ale za to niebrzydki i niekiepski. Gdzie jakaś intryga? Fabularny polot poprzedniczek? Przemiany bohaterów, filozoficzne dywagacje, wysoka stawka?

Czy w Odyssey, Valhalli i Shadows jest lepiej? Nie wiem, lecz znając pożal-się-Boże historyjkę z Mirage, wątpię. A najgorsze jest to, że dalej ciągnie mnie do wirtualnej Grecji i Skandynawii, bo wiem, że czekają mnie tam piękne plenery i uzależniający gameplay. Wychodzi zatem na to, że w poszukiwaniu doświadczeń na miarę starych Assassinów, powinienem wrócić właśnie do starych Assassinów, ewentualnie do któregokolwiek Wiedźmina czy jednego z nowszych God of Warów. Może w ogóle zwrócenie uwagi na starsze tytuły to nienajgorsze wyjście?

Assassin's Creed Origins
Ale za to można uścisnąć grabę Cezarowi.

„Tylko miłość nie waha się…”


SideQuest - HagenHagen: Wielkimi krokami zbliża się dzień, w którym będę mógł zasiąść do absolutnego arcydzieła sztuki cyfrowej – gry, która w rewolucyjny sposób definiuje pojęcie wirtualnej wolności. Mówimy tu o potężnym, w pełni otwartym świecie, w którym można pójść absolutnie wszędzie, robić, co się żywnie podoba, i bez skrępowania przemieszczać się po mapie autami oraz najróżniejszymi innymi pojazdami. Nasz protagonista, a właściwie to protagoniści, są w pełni personalizowalni. Możemy dłubać nad ich wyglądem godzinami, dobierając najmodniejsze ubrania czy wymyślne fryzury. Co więcej, postacie opisane są zaawansowanymi statystykami, które rozwijamy w trakcie rozgrywki. Chcesz być w formie? Idziesz na siłownię, przerzucasz żelastwo i patrzysz, jak z czasem rośnie twoja tężyzna fizyczna.

SideQuest - GTA VI
„…Zaufanie ma swoją cenę…”

Twórcy zadbali o genialne detale, umożliwiając na przykład posiadanie własnego pupila. Możesz przygarnąć psa, wychodzić z nim na spacery, a potem z gracją sprzątać to, co po sobie zostawi na trawniku. Sam świat aż tętni życiem i jest wprost przeładowany nawiązaniami do znanych marek i popkultury, które możemy wyłapać, chociażby oglądając programy w wirtualnej telewizji czy odpalając gry na wirtualnym komputerze. Równie imponująco wypada system relacji. Każdą znajomość opisuje specjalny pasek postępu, dzięki któremu możemy kształtować charakter interakcji według własnego uznania. A jeśli dobrze to wszystko rozegramy, twórcy przygotowali dla nas nawet pikantne sceny łóżkowe.

SideQuest - GTA VI
„…Jak kwiat w objęciach huraganu / patrzymy, jak słońce budzi nowy dzień” (Ależ się słodko i różowo zrobiło!)

Gra daje nam po prostu całkowitą wolność wyboru. Możemy rzucić się w wir mrocznego półświatka i podjąć pełnoprawną karierę przestępczą, ale jeśli akurat nie mamy ochoty na łamanie prawa, nic nie stoi na przeszkodzie, by z tego zrezygnować. Zamiast tego możemy spokojnie zwiedzać świat i zająć się masą innych aktywności, którymi ta produkcja jest wypełniona po same brzegi. Wiadomo jednak – kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Wraz z zarabianiem coraz większej kasy otwiera się przed nami istne morze nowych możliwości. Ta gra to The Sims 3, zdjęcia niepowiązane.


Siła gier singlowych


Side Quest - GomlinGomlin: Z okazji Halloween wrzuciliśmy na stronkę wpis z zapamiętanymi przez nas sekwencjami z gier, które wywoływały u nas strach (albo przynajmniej nieco gęsiej skórki). Podczas tej polecajki dokonałem małego rachunku sumienia z własnych growych wspomnień i wyszedł mi z tego dość ciekawy wniosek.

Gdyby się tak zastanowić, to jako gracze często wracamy pamięcią do momentów, które nas przestraszyły, do pamiętnych zwrotów akcji czy epickich walk, które przyspieszyły bicie serca albo po prostu zostały w głowie na lata. Zgaduję, że niemal zawsze są to akcje z gier mocno skondensowanych w swojej rozgrywce. Zazwyczaj będą to gry naszych ulubionych serii, nastawionych przede wszystkim na tryb single player. Z kolei setki godzin spędzone w tytułach bez końca, od sieciowych strzelanek po potężne, niekończące się nigdy MMORPG, w większości zlewają się w jedną, ubitą i powtarzalną masę.

Żeby była jasność: nie chodzi o to, że czas spędzony w grach sieciowych uważam za zmarnowany. Całe rzesze graczy nieustannie czerpią radość z tych produkcji i nie ma w tym absolutnie nic złego. Sam pamiętam, kiedy robiło się z ekipą ustawki (te w grach, a nie kibolskie w lesie), by spędzić pół nocy na rajdach w niejednym MMO. To były świetne chwile, ale ich siła leżała głównie w ludziach, z którymi graliśmy, a nie w samych grach. Dziś z tamtych lat pamiętam głównie śmiech na czacie, dramy w gildiach i głupkowate akcje z ekipą. Sama gra była zasadniczo tylko tłem i szczerze mówiąc, mało jest momentów, które pamiętałbym do dziś. To raczej były krótkotrwałe wspominki będące „na czasie”.

Side Quest - Fatal Frame
Piękna dziewczyno, czemu ty tak daleko w tej Azji mieszkasz…

W moim odczuciu zupełnie inne doświadczenia płyną z krótkich, konkretnych i zwięzłych gier single-player. Wspomnienia z takich produkcji rezonują w nas latami, bo twórcy dokładnie wiedzieli, w który punkt uderzyć. Pamiętam przesadzone w swym wydźwięku walki z bossami w Bayonetcie (jak odmienić Bayonettę? XD) [tak samo jak Wiolettę, Szanowny Panie Naczelny. Czyli zrobiłeś to poprawnie 😉 – przyp. Hagen], które były tak przekombinowane i widowiskowe, że po walce człowiek zbierał szczękę z podłogi. Z drugiej strony, mam w głowie gęsty klimat i strach, kiedy w Fatal Frame człowiek musiał powoli przekraczać próg kolejnego pokoju, celując w zbliżające się maszkary wyłącznie przez obiektyw starego aparatu.

Co więcej, skondensowane gry potrafią wbić w fotel w sposób, o jakim molochy GaaS mogą tylko pomarzyć. Wspomina się chwile, kiedy człowiek zaciął się chwilowo na zagadkach ze starszych odsłon Silent Hilla, gdy po raz setny podchodziło się do bossa w Dark Souls i udało się go w końcu ubić, albo moment, gdy łezka zakręciła się w oku przy emocjonalnej scenie związanej z Agro w Shadow of the Colossus. Takie rzeczy na długo zostają w naszej pamięci i często do nich wracamy po latach. I są to tytuły, które nie próbowały zatrzymać gracza przy sobie na pół roku kusząc jedynie przepustką sezonową. Dostajemy kilkanaście godzin dobrze przemyślanej historii, rozgrywki i widzimy napis The End, po czym zamykamy temat i zostajemy ze wspomnieniami, do których wracamy po dziś dzień.

Side Quest - Silent Hill 2
Tankowanie przy aktualnych cenach to faktycznie horror.

Przez ostatnie lata branża wydawała się jednak bać słowa „koniec”. Wydawcy za wszelką cenę próbowali zmienić każdą nową produkcję w męczącą grę-usługę, z masą season passów, wydarzeniami społecznościowymi i nieskończonym grindem. Z punktu widzenia tabelki w Excelu to przepis na sukces. Gracz nie odkłada tytułu na kolejne miesiące, ze sporym prawdopodobieństwem, że będzie w niego dalej inwestować. Sytuacja jednak pokazała, że z punktu widzenia samego gracza takie tytuły zacierają w sobie pojęcie satysfakcji. Wszystko zamienia się w rutynową pętlę opartą o kolejny rajd, z wyczekiwaniem na kolejną przepustkę, która tak naprawdę nie wnosi nic istotnego. Co gorsza, w tego typu grach bardzo łatwo wypaść z obiegu, a po powrocie trzeba sporo nadrabiać, o ile nie zaczynać wszystkiego od zera.

Dlatego też cieszy mnie fakt, że branża po raz kolejny zatoczyła koło i przekonała się, że gry singlowe są bardzo mocnym fundamentem trzymającym w ryzach cały ten rynek. Dając nam wiele wspaniałych i zapadających w pamięć historii, momentów czy walk, o których możemy gawędzić przez kolejne dekady.


Side Quest - postaw kawę