Assassin’s Creed Black Flag Resynced
Kiedy Rum zaszumi w Głowie, Black Flag wnet nabiera Treści
Wtedy chętniej słucha Człowiek morskich Opowieści!
Kiedy tylko myślę o wirtualnych Karaibach, w mojej głowie z miejsca rozbrzmiewają szanty, a Assassin’s Creed IV: Black Flag z 2013 roku to gra, do której wciąż, z niezmiennym wręcz zamiłowaniem, chętnie wracam. Nic więc dziwnego, że Assassin’s Creed Black Flag Resynced, pełnoprawny remake obiecujący nową jakość, wywoływał we mnie sporo ekscytacji – ale też pewną dozę ostrożności. Nie ma bowiem co ukrywać – formuła Assassin’s Creed jako RPG wypaliła moje zainteresowanie na etapie Odyssey, a Ubisoft – choć obiecywał bardziej liniowe doświadczenie – równocześnie zapowiadał rozszerzenie oryginału. Kiedy jednak uruchomiłem grę, szybko zrozumiałem, że to naprawdę wierne przeniesienie klasyka w nowe szaty, gdzie stary hit zyskuje niesamowity blask dzięki nowemu silnikowi.
Kiedy włączasz swą konsolę, stary Hit nic a nic chrzęści,
Nowy Silnik staje w Chwale w morskiej Opowieści.
To jest wierne Przeniesienie, Oryginał w nowej Szacie
i Mechanik ulepszenie. Piękna to Gra, Bracie.
To zjawiskowa produkcja, w której mechaniki lekko ulepszono, zachowując jednak duszę oryginału – wystarczy spojrzeć na bitwy morskie, by poczuć ten sam stary klimat, choć w nowym i znacznie bardziej epickim wydaniu. Co więcej, ten otwarty, przepastny świat wreszcie pozbył się ekranów wczytywania. Między urokliwą Hawaną, Nassau i Kingston a bezkresem oceanu podróżujemy bez oczekiwania na załadowanie tych miejscówek.
Nawet małe wysepki na morzu, dawniej będące często ledwie skrawkami lądu z fragmentami Animusa lub skrzyniami, nie są już zbiorem lokacji stworzonych metodą kopiuj-wklej. Każda ma teraz unikalny sznyt, urokliwą florę i ciekawszy projekt otoczenia (gdzie natrafiamy też na zupełnie nowe minihistorie NPC-ów, które nie są jakimikolwiek questami – po prostu stanowią losowe scenki, których może doświadczyć gracz). Świat ożywa wzdłuż i wszerz, na każdym kroku oferując jakieś przypadkowe zdarzenia lub miejsca do odkrycia.
Świat otwarty, nieskończony, nie ma Przerw na Wczytywanie.
Miasto z Morzem połączono, płynne dokonanie.
Małe Wyspy, skrawek Lądu, żadna kopiuj i wklej Klisza.
Każda pełna rzadkiej Flory, Sznyt ma nowy Dzisiaj.
Walka uległa pewnemu przebudowaniu. W trakcie bitew morskich chociażby strzał z folgierza wymaga już odpowiedniego nacelowania w słaby punkt statku i nie dzieje się to automatycznie. Podobne zmiany dotknęły walki na suchym lądzie. Przypomina ona nieco miks oryginalnego Black Flaga z odsłonami 1-3 (skuteczne kontry wciąż są w cenie). Na samym początku wymaga to od gracza pewnego przestawienia się ze starych nawyków, ale o dziwo z czasem starcia stają się znacznie szybsze i płynniejsze, przez co gra zdaje się pod tym względem być nieco łatwiejsza od oryginału.
Więcej Ognisk i Obozów, Świat ożywa wzdłuż i wszerz,
Randomowych pełno Zdarzeń, Zagraj, zobacz, uwierz!
Ogromną zaletą jest brak sztucznych mechanik RPG, dzięki czemu zabójstwa ukrytym ostrzem to znów gwarancja natychmiastowej eliminacji wroga jednym ciosem, bez konieczności przejmowania się statystykami pancerza czy poziomem oponenta. Samo skradanie również zyskało na płynności poprzez dodanie prostej opcji kucania za osłonami, a powolne misje polegające na śledzeniu celów zostały w remaku całkowicie przebudowane – nawet w przypadku popełnienia błędu gra nie karze nas od razu ekranem porażki, pozwalając na znalezienie innej ścieżki do wykonania zadania.
Przejmowanie wrogich okrętów również przynosi ogromną frajdę, dając nam użyteczne opcje naprawy naszej jednostki, zredukowania poziomu pościgu lub dołączenia statku do prywatnej floty. Ten wspaniały, morski klimat dopełniają oczywiście niezastąpione szanty śpiewane przez załogę, do których dorzucono zresztą nowe utwory.
Walka jest przebudowana, inna niż ta z dawnych Lat.
Chociaż pięknie nam podana, wrogi nie jest to Świat.
Jeśli chodzi o nowe wątki fabularne, jest… różnie. Sceny z żoną Edwarda, Caroline Scott, idealnie dopełniają oryginalną historię – robią to na tyle dobrze, że nie odczuwa się nawet tego, że stanowią dodatek. Ma się wrażenie, że istniały w tej historii od zawsze. Nie do końca mogę natomiast pochwalić zmiany poczynione w scenach z Bartholomew Robertsem. Remake modyfikuje zwieńczenie jego historii, nie czyni jednak tego po to, żeby opowiedzieć coś nowego lub ciekawego. Tak naprawdę jest to zmiana mająca po prostu załatać dziurę fabularną, która powstałaby z uwagi na całkowite wyrzucenie wątku współczesnego w takiej formie, w jakiej istniał w odsłonie z 2013 roku. Tym razem nie spacerujemy już po biurze Abstergo Industries, pomagając przy produkcji „Diabłów z Karaibów”, przy okazji odkrywając, jaki los spotkał Desmonda Milesa.
Nowe Wątki fabularne, z Żoną Sceny – istny Cud!
Lecz Robertsa Dzieło marne, Zmian niechciany Brud.
Było jednak to konieczne, Współczesności zniknął Znak.
Trzynastego Roku Echa zabrał Dziejów Wrak.
W miejsce to zaproponowano tak zwane „szczeliny Animusa”. W zamierzeniu miały one pokazywać alternatywną wersję faktycznej historii na zasadzie „co by było, gdyby…?”. Pomysł ciekawy, ale położony przez realizację – są to bowiem proste sekwencje platformowe, podczas gdy tajemniczy głos snuje alternatywne historie na temat poszczególnych postaci w zasadzie w totalnym oderwaniu od tego, co robimy w danym momencie.
Więc Szczeliny w to wciśnięto, Animusa jest to Skok.
Lecz to nudne jest straszliwie, męczy Gracza Wzrok.
Współczesności Reszta Szczątków w Dokumentach dawno śpi.
Ubi samo w tym się gubi, nie wie, o czym śni.
Nowi w Grze Oficerowie, Umrzyk, Padre – dobry traf!
Lecz o Lucy wam opowiem: to Logiki Krach.
Do gry dodano także trzech oficerów pokładowych – są to Padre, Umrzyk oraz Lucy. Każdy z nich, oprócz dodatkowej linii questów, po zrekrutowaniu zapewnia dodatkowe ulepszenia dla naszego statku, Kawki, których nie jesteśmy w stanie zdobyć w tradycyjny sposób. O ile wątki Padre i Umrzyka są ciekawe i nie mam wobec nich żadnych uwag, tak w przypadku Lucy mam wrażenie, jakby jej postać pisały dwie różne osoby, które miały zupełnie różne wizje na to, jak poprowadzić Lucy. Jest ona przez to nieco niespójna, stanowiąc raczej zlepek nie do końca pasujących do siebie cech.
Pisały ją dwie Osoby, każdy Twórca miał swój Plan.
Przez to Lucy jest niespójna, Zbiór losowych Cech i Zmian.
Nowa jest Sekwencja Wspomnień Wymuszona nowym Tłem.
Edward swój Charakter zgubił, idzie w wielki Cień.
To jest miła Ciekawostka lecz nie dopracował jej Nikt
I na Siłę tkwi w swym Miejscu, burząc nieco Skrypt.
Gra wciąż Bugi w sobie kryje, choć wklepano Łatek w Bród.
NPC-e w Powietrzu sobie wiszą niczym Cud.
Gra jest piękna, świetnie bawi, lecz wydaje się zbyt prosta.
Kto wciąż grywa w Oryginał wszystkim Wrogom sprosta.
Podobny problem ma nowa, opcjonalna sekwencja wspomnień. Chronologicznie może i pasuje jako ciekawostka, ale gubi się w niej to, kim na tym etapie historii jest już Edward. Mimo to na pewno na plus należy policzyć Ubisoftowi, że postanowił zaoferować graczom coś nowego – od strony rozgrywki wygląda to bowiem całkiem w porządku.
Gra otrzymała już wiele aktualizacji, ale jakieś drobne wpadki (na szczęście nic poważnego) wciąż potrafią jej się zdarzyć. Czy to wiszący w powietrzu NPC, czy statki kręcące na morzu bączki – na szczęście w tym momencie, gdy od premiery minęło już nieco czasu, są to błędy znacznie rzadsze.
Grę ogólnie mocno chwalę, to wspaniały, morski Hit.
Szkoda, że to tylko Remake, tu jest właśnie zgrzyt.
Tu Fabuła to jest Konkret, Jeden zwarty Wątek lśni.
To nie rozciągnięta Nuda jak za ostatnich Dni.
Niemniej jednak, Assassin’s Creed Black Flag Resynced chciałbym polecić Wam wszystkim z całego serca. Szkoda, rzecz jasna, że dostajemy tylko remake dawnych wspaniałości, bez jakiegoś porywającego kroku naprzód, ale za to na każdego gracza, który zdecyduje się na zakup tej produkcji, czeka cała masa atrakcji.
Mimo Bugów i tych Zgrzytów,
To Wspaniała, świetna Gra.
Więc polecam ją gorąco,
Niech Piracki Klimat trwa!
















