Mouse: P.I. For Hire
Jack Pepper to przykład detektywa, któremu nie chcecie zajść za mysią skórę. Odziany w poplamiony cheddarskim lunchem prochowiec, z wymiętolonym papierosem między zębami i usmolonym Mauserem w kaburze, nie daje sobie w serową kaszę dmuchać. W ramach kolejnych zleceń przeprowadzi was przez najniebezpieczniejsze zakątki Mouseburg, odstrzeliwując przy tym głowy i licząc banknoty. A jest się czego bać, bo śledztwa, które przychodzi mu poprowadzić w Mouse: P.I. For Hire, cuchną starym limburgerem na kilometr. Tylko nie mówcie potem, że nie ostrzegałem!
Bada badam, pom pom, ra ri tu tu
Debiutancki tytuł polskiego studia Fumi Games miałem na radarze od momentu natrafienia na pierwsze zwiastuny i grafiki koncepcyjne. I mimo iż wiedziałem, w jakim tonie i klimacie będzie to tytuł, zaskoczył mnie on pozytywnie pod niemal każdym względem. Mouse: P.I. For Hire to pierwszoosobowy boomer shooter z oprawą graficzną stylizowaną na czarno-biały film animowany z lat 30-tych XX wieku, mocno jazzową ścieżką dźwiękową i mysią, znaczy się, masą humorystycznych dialogów. Pełno tu gangstersko-noirowych motywów, a detektywistyczna robota, którą przychodzi nam tu odwalić, skrywa niejeden pokręcony sekret. Od znikającego ze sceny magika, przez śmierć znanej aktorki i sprawę zaginionych ryjówek, aż po policyjną korupcję pełną gębą. A twarzą, a raczej głosem, całej tej opowieści, jest nie kto inny, jak sam Troy Baker, wcielający się w postać zgryźliwego i cynicznego weterana wojennego, Jacka Peppera.

Starodawny truizm głosi, że nie powinno się oceniać gier po okładce. W przypadku Mouse: P.I. For Hire nie będzie to jednak ujma na gryzoniowym honorze. Pierwszym, co rzuca się nam w oczy po odpaleniu gry, jest myszato-popielate zabarwienie ekranu i charakterystyczne, ręcznie rysowane postaci. Kreskówkowy świat stworzony na silniku Unity wypełniony jest dwuwymiarowymi sprite’ami, co w połączeniu z disnejowską stylistyką animacji sprzed stu lat tworzy niepodrabialny i niesamowicie świeży efekt. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że koncepcyjnie tytuł ten jest połączeniem Cupheada z Doomem, ale na własnych, całkowicie oryginalnych zasadach. I stawiam orzechy przeciwko stiltonom, że dzięki artystycznej wizji twórców gra nie zestarzeje się nigdy. A jeśli już, to na pewno nie w kwestiach wizualnych, bazujących na bajkowo-groteskowej konwencji.
Klimatu dodaje jazzowa maestria dźwięków, która już od menu głównego bawi nas wesołym koncertem na dwa puzony i trzy saksofony. Patryk Scelina może nie jest najpopularniejszym kompozytorem w naszym kraju, ale niektórzy gracze mogą kojarzyć go między innymi z remake’u Kangurka Kao. Na potrzeby tej historii stworzył melodyjną i na wskroś klimatyczną ścieżkę dźwiękową, pasującą zarówno do barowych szermierek słownych, jak i arenowych naparzanek. Wszystko razem tworzy cudowną atmosferę gangsterskiego klimatu lat 30-tych ubiegłego wieku. Obcując z tak sugestywnie dopracowanym otoczeniem i wsłuchując się w jazzowo-bluesowe kompozycje, możemy niemal poczuć smród cygar i smak whisky z oberży sąsiadującej z biurem Peppera. A mówimy dopiero o sferze artystyczno-zmysłowej. Prawdziwa zabawa zaczyna się wtedy, gdy wyciągniemy detektywistyczną lupę i naładowanego Myszaka. Tak, to polskojęzyczna nazwa pistoletu, jakby ktoś pytał.

Trouble is what I do
Mouseburg to mieścina wyjęta wprost z klasyki gangsterskiego kina, w której za fasadą normalności ukryto idealne tło dla czarnego kryminału. Od odpychających bagien na południu, przez liczne banki, teatry i muzea w centrum, aż po pokaźnych rozmiarów studio filmowe na północy. Dzięki szykownemu automobilowi przemierzamy miasto wzdłuż i wszerz, śledząc przy tym rozwój wydarzeń w ramach parunastu zadań głównych i kilku pobocznych.
Poziomy są, jak na gatunek przystało, dosyć liniowe i bardzo czytelne. Znalazło się z nich miejsce zarówno dla unikalnych bossów, kilku ciekawych postaci niezależnych, jak i na skrzętnie poukrywane skarby. Tych ostatnich nie znalazłem zbyt wiele (czytaj: nawet połowy) i to pomimo tego, że grając w tradycyjnym dla siebie stylu, starałem się wylizać wszystkie możliwe ściany. Być może jest to najlepsza rekomendacja dla wytrawnych poszukiwaczy znajdziek.
Miejscem, gdzie wszystkie prowadzone śledztwa i realizowane zadania splatają się w jedną wyjątkową układankę, jest tablica korkowa w biurze Peppera. Podczas kolejnych misji zbieramy notatki, cykamy fotki i kolekcjonujemy najróżniejsze dowody zbrodni. Następnie przypinamy je do tablicy, na której z każdą kolejną godziną tworzy się sznurkowy labirynt powiązań. W pewnym momencie gra daje nam pewną swobodę co do kolejności odwiedzanych lokacji, co jest miłym urozmaiceniem po mocno liniowym początku gry. Sama zaś formuła łączenia kropek w tego typu detektywistycznych szachach, choć – umówmy się – niezbyt oryginalna, tutaj spisała się wzorowo. Docenić też należy popremierową aktualizację gry, w której dodano możliwość powrotu do już ukończonych lokacji, właśnie w celu odnalezienia brakujących tropów i sekretów. W premierowej wersji gry opcji tej nie było i wielu recenzentów wytykało to jako jedną z większych wad gry.

Rozwiązywanie głównej intrygi i uzupełnianie tablicy to jedno, ale w bliskim sąsiedztwie naszego biura znajdziemy również inne atrakcje. Niczym w rasowym hubie znajdziemy tu między innymi sklepik z amunicją, w którym poza nabojami możemy dokupić część pominiętych w trakcie misji znajdziek – gazet i kart baseballowych. Te ostatnie związane są ze średniej jakości karcianą minigrą, której dłuższe ogrywanie ma sens jedynie dla łowców trofeów. Stacjonująca tu rusznikarka, w zamian za odnajdywane w grze schematy, ulepszy nasze spluwy, a dociekliwa dziennikarka Wanda Fuller dopyta o szczegóły prowadzonych aktualnie śledztw. Sporo czasu poświęcimy też na rozmowy z postaciami niezależnymi, które sprawnie rozszerzą naszą wiedzę o świecie, a okazjonalnie nawet zlecą nam zadania poboczne. Ogromną zaletą omawianej gry jest fakt, że jak na pierwszoosobową strzelankę, posiada solidną, ciekawą i wielowątkową fabułę, co w tym gatunku nie jest zbyt często wymienianym atrybutem.
Kreskówka dla dorosłych?
Gdy zobaczyłem, jak zgrabnie zestawiono tu rysowane i pięknie zanimowane postacie z klasyczną boomer-shooterową brutalnością, w moim mysim serduszku zrobiło się jakby cieplej. Arsenał bojowy Peppera rozszerza się przy tym stopniowo, aż do ostatnich aktów gry. Od klasycznych pistoletów i strzelb, przez laski dynamitu, po bardziej wymyślne zabawki, których charakterystyki nie chcę tu zdradzać. Podpowiem tylko, że shotgun ma typową dla siebie właściwość skracania ciał o długość głowy, kwasowy prysznic potrafi rozpuścić przeciwników aż do kości, a częstując wrogów falą ognia, pozostanie po nich kupka łypiącego na nas pretensjonalnym wzrokiem popiołu. Warto to zobaczyć na własne oczy! Gatunkowi wyjadacze ponarzekać mogą na feeling strzelania, jednak ja jestem w tym względzie dość wyrozumiały. Zwłaszcza w tak kreskówkowej produkcji jak Mouse: P.I. For Hire, fizyka broni palnej jest kwestią raczej trzeciorzędną.
Przy sporym zagęszczeniu arenowych bitew, trup ściele się tu gęsto i już od pierwszych minut z grą widać jak na dłoni, że nie jest to produkcja dla najmłodszych odbiorców. I chwała twórcom za to, bo jakakolwiek próba ugrzecznienia efektu końcowego wyszłaby jej jedynie na gorsze. Zauważalnym mankamentem jest z kolei powtarzalność przeciwników, co oczywiście można zrzucić na karb gatunkowego standardu. Tak naprawdę już po kilku godzinach orientujemy się, że w kolejnych lokacjach strzelamy do reskinów tych samych, ciągle powtarzających się jednostek. I niby nie ma w tym nic złego, wszak licznik trupów idzie w setki, a jednak chciałoby się, by na naszej drodze pojawiło się choć odrobinę więcej rodzajów mięsa armatniego. W pewnych segmentach gry odnotowałem też zauważalnie nierówny poziom trudności, gdzie mocno karkołomne sekcje przeplatane są banalnymi. A może tylko mnie się wydaje i po prostu przejadłem się Gorgonzolą Piccante… Jeśli tak, wybaczcie zamieszanie.
|
Jack Pepper – Węszyciel do wynajęcia
|

Poza kolejnymi narzędziami destrukcji, Pepper z czasem odblokowuje nowe moce specjalne, takie jak podwójny skok, odbicie od ściany, ogonowy helikopterek i tak dalej. W zasadzie nic, czego nie doświadczylibyśmy w innych produkcjach. Pozytywnie jednak oceniam to, że nie wpleciono tu na siłę elementów metroidvanii i gra nie wymusza na nas konieczności powrotu do ukończonych wcześniej poziomów. Motyw ten nie przeszkadzał mi aż tak w High On Life, ale tutaj byłby o jednym plasterkiem mazdamera za wiele.
Jeśli zaś lubicie nawiązania do innych dzieł popkultury, to recenzowana tu gra jest w tym względzie studnią bez dna. Od growych klasyków pokroju Resident Evil czy Metal Gear Solid, po uwielbiane kinowe marki, jak Indiana Jones, Szczęki, Gwiezdne wojny i tak dalej. A im bardziej jesteśmy w tym zakresie wyedukowani, tym częściej uśmiech pojawi się naszych twarzach.
Słowem podsumowania, Mouse: P.I. For Hire to jedna z najbardziej oryginalnych polskich produkcji ostatnich lat. Spędziłem z nią prawie trzydzieści godzin i przez cały ten czas bawiłem się świetnie. Nie uświadczyłem przy tym choćby jednego błędu optymalizacyjnego, a płynność rozgrywki na Xbox Series X przez cały ten czas była wzorowa. To niesamowite, że studio Fumi Games za tak dopracowany i spójny tytuł, zażyczyło sobie tylko 109 zł na premierę. Deweloperzy gier AAA i korporacyjni dygnitarze – uczcie się i bierzcie przykład! (Zwłaszcza że to istny bestser. Znaczy się, bestseller – dop. May_Day). A Ty, drogi czytelniku, kupuj i baw się świetnie.
Na koniec przepraszam za tak wiele serowo-czerstwych wtrąceń w powyższym tekście. Cała gra ma ich jakieś sto razy więcej, więc raz, że musicie się oswoić, a dwa – po prostu nie mogłem się powstrzymać. Niech was jednak mysi węch nie zwiedzie, Ser Królewski z Sierpca jest ciągle najlepszym możliwym wyborem w trakcie codziennych zakupów!
Mouse: P.I. For Hire to tytuł nietuzinkowy i pod pewnymi względami wyjątkowy. Pełna humoru opowieść przeniesie was w świetnie oddane klimaty amerykańskiej gangsterki tamtych lat, pozostając przy tym czysto bajkowym i niepoważnym tworem. Jeśli zaś nie lubicie zbytnio śledzenia fabuły w tym gatunku, to świetny balans pomiędzy arenową akcją i eksploracją świata powinien wam to wynagrodzić. Jedna z najbardziej pozytywnych niespodzianek bieżącego roku.















