Side Quest #8 (wrzesień 2026)

Witamy w kolejnej odsłonie Side Questa, czyli comiesięcznej serii felietonów redakcji Cross-Play. W dzisiejszym wpisie May_Day zastanawia się, jak to jest być komandorem Shepardem (dobrze?), Hagen i Gomlin odkrywają na nowo frajdę z ogrywania małych gier, a hrabia rozważa przeprowadzkę do obozu Xboksa na stałe. Miłej lektury!


Symulator nieistniejącego zawodu


SideQuest - May_DayMay_Day: Mam słabość do trylogii Mass Effect. Z jednej strony uważam ją za najlepszą space operę w historii gier (i definitywnie jedną z najlepszych w historii popkultury), z drugiej jednak im dłużej w nią gram, tym więcej znajduję rzeczy, które mnie drażnią. I okej, część z tego to pewnie kwestia zmęczenia, ale jeździć łazikiem w „jedynce” nie lubiłem nigdy, a ilekroć musiałem zeskanować planetę w „dwójce”, miałem ochotę rzucić ratowanie galaktyki i wyjechać w Bieszczady. Innymi słowy: są to bardzo dobre gry, momentami wręcz wybitne, ale mają kilka wad działających mi na nerwy.

Podczas grania nurtowało mnie pytanie, po co w ogóle gry z serii „Efekt masy” zawierają tego typu aktywności. Nie są one jakoś znaczące, mogłyby się pojawić w bardziej przystępnej formie albo zniknąć w ogóle. Czy całokształt doświadczenia by na tym stracił? Wątpię. Ale z pewnego punktu widzenia ich istnienie ma sens.

Mass Effect, podobnie jak wiele innych gier, sprzedaje nam pewną fantazję – możemy poczuć się jak kosmiczny komandor. Taki z własnym statkiem, załogą i celem, który uzasadnia regularne łamanie kosmicznych praw (kto zapłaci za całe to niszczenie mienia?). W ramach oferowanego doświadczenia możemy zająć się tym, co robią kosmiczni komandorzy: ścigamy przestępców, rozwiązujemy problemy, prowadzimy negocjacje… i szukamy zasobów, dzięki którym możemy dalej się rozwijać (na przykład kupować i ulepszać uzbrojenie). Czynności te co prawda nie dostarczają nam frajdy za każdym razem, ale prawie zawsze wzmacniają oferowane przez grę doświadczenie.

Podobnych przykładów z innych gier jest na pęczki. Eliksiry w dowolnym Wiedźminie mogłyby warzyć się same, ale od kiedy wiedźmini noszą kieszonkowy automatyczny szybkowar do mikstur? Bujanie się na pajęczynie w Spider-Manie mogłoby być bardziej wymagające, ale wtedy istnieje ryzyko, że poczulibyśmy się raczej jak Spider-Boy, który dopiero uczy się śmigać nad ulicami Nowego Jorku (a jeśli szukasz takiego właśnie doświadczenia, serdecznie polecam ci A Story About My Uncle).

Każdy zawód, prawdziwy lub nie, ma swoje lepsze i gorsze strony. Ale czy to oznacza, że twórcy gier powinni projektować rozgrywkę wyłącznie w celu maksymalizacji frajdy? Nie jestem taki pewien.

Mass Effect 2 - calibrations
Kalibracji nigdy za wiele.

Cieszmy się z małych rzeTchibo


SideQuest - HagenHagen: Ostatnimi czasy prozaiczna codzienność skutecznie wyleczyła mnie z ogrywania tytułów obliczonych na kilkadziesiąt godzin rozgrywki w otwartych światach. Kiedyś rzucałem się na większość open-worldów, starając się wyciskać z nich 100%, ale przy obecnym deficycie wolnego czasu spora część tych gigantów poszła w odstawkę. Zamiast męczyć się z kolejnymi znacznikami na mapie, szukałem czegoś, co pozwoli mi złapać oddech po ciężkim dniu bez poczucia, że jeśli nie zagram przez tydzień, to zapomnę, o co w ogóle chodziło w mechanice czy fabule.

Moim głównym daniem stało się, nieco przewrotnie, L.A. Noire. To fascynujące, jak ta produkcja – mimo swojej mrocznej, detektywistycznej tematyki – potrafi być w gruncie rzeczy relaksująca i niespieszna. Podobnie jak w pierwszej Mafii, miasto jest tu w zasadzie tylko piękną makietą, klimatycznym tłem dla wydarzeń fabularnych, a nie piaskownicą wypchaną po brzegi aktywnościami. Mimo wszystko granie w to dłuższymi sesjami nie jest dobrym pomysłem. Aby jeszcze bardziej odpocząć od cięższego kalibru, zacząłem w przerwach przekopywać katalog PlayStation Plus. To właśnie tam szukałem krótkich przerywników, które miały mi odciążyć głowę.

Eksperymenty te przyniosły skrajne rezultaty – z jednej strony odpaliłem Undertale, które zszokowało mnie swoim absolutnie niskim poziomem (choć temat tego, dlaczego ta gra to nieporozumienie, zostawię sobie na osobny tekst), z drugiej trafiłem na Concrete Genie. Ta druga produkcja dosłownie oczarowała mnie tym, jak płynnie i przyjemnie się w nią gra. Dostajemy tu malutki, quasi-otwarty świat i choć nie wszystko gra w nim idealnie na płaszczyźnie fabularnej, to daje on niesamowicie do myślenia. To świetny, uroczy indyk z plusem, po którego pewnie w życiu bym nie sięgnął, gdyby nie abonament. Cały ten magiczny nastrój psuje mi dzisiaj jedynie gorzka świadomość, że odpowiedzialne za grę studio zostało już bezlitośnie zamknięte z „powodów biznesowych”.

I to prowadzi mnie do wniosku, który po tych kilku tygodniach żonglowania tytułami nasuwa się sam. Kiedy gry wideo, jako nasze ukochane hobby, zaczynają po prostu męczyć i przypominać drugi etat, to ratunkiem wcale nie są kolejne rozbuchane produkcje AAA, w których na każdym kroku widać budżet wielkości PKB małego państwa. To właśnie takie małe, czasem niepozorne tytuły, robione od serca, a nie precyzyjnie przeliczone na dolary przez chłodnych księgowych, potrafią na nowo rozpalić pasję do tego medium.

Concrete Genie
Concrete Genie

Krócej znaczy lepiej


SideQuest - Gomlin

Gomlin: Ostatnio miałem ogromną ochotę dokończyć kilka gier, które już jakiś czas temu odłożyłem na bok. Niedawna premiera Assassin’s Creed Black Flag Resynced podsunęła mi myśl, by wrócić do greckich klimatów Odyssey i chociaż na chwilę przedłużyć sobie powoli dobiegające już końca lato. Niestety, zaraz po włączeniu tytułu przypomniałem sobie, bardzo dobitnie, dlaczego odbiłem się od tego tytułu przy poprzednim podejściu.

Dzisiejsze molochy projektowane są często na setki godzin, zwłaszcza jeżeli chodzi o popularne „ubigry”. Te naprawdę potrafią niesamowicie zmęczyć. Dostajemy w swoje ręce gigantyczne, często puste światy, które poza ładnymi widokami i setkami nijakich znaczników na mapie nie mają absolutnie nic do zaoferowania. Bieganie od punktu A do punktu B, czyszczenie kolejnej lokacji z rzędu i robienie zadań pobocznych napisanych na kolanie po prostu nuży i odpycha. Zamiast angażującej przygody otrzymujemy bezduszną listę obowiązków, a sztuczne wydłużanie rozgrywki całkowicie zabija frajdę z grania. I owszem, nie sposób grze odebrać klimatu, naprawdę nieźle odwzorowanych elementów historycznych czy wplecionej w rozgrywkę fabuły. Problem tylko w tym, że w tej monotonnej sandboksowej otoczce elementy te zwyczajnie zaczynają schodzić na boczny tor, robiąc z gry typowego średniaka.

Assassin's Creed Black Flag Resynced

I właśnie dlatego niesamowicie cieszy mnie fakt, że kampanie singleplayer na 10-15 godzin powoli stają się z powrotem popularne. A warto wspomnieć, że jeszcze niedawno wieszczono przecież ich ostateczny upadek na rzecz gier-usług i tytułów online. Tymczasem powrót do mniejszych, skondensowanych pozycji to czysta przyjemność. Jakże genialnie grało mi się chociażby w ostatniego Residenta! Zamknięte, dopracowane i klimatyczne lokacje, rewelacyjni bohaterowie (ach, cudowna Grace <3), naprawdę ciekawa, dobrze spięta historia i zero zawracania dupy przymusowym szukaniem jakichś pierdół czy podążaniem za tysiącem znaczników. Wszystko miało swoje odpowiednie miejsce i tempo. Gra trzymała mnie w napięciu i sprawiała, że aż chciało się do niej wracać po kolejnej skończonej sesji. Zero niepotrzebnego rozwlekania to coś,  co dzisiaj, jako gracz, zaczynam doceniać coraz bardziej.

Muszę tu również zaznaczyć, że wciąż lubię od czasu do czasu wracać do gier na dziesiątki godzin, ale dotyczy to głównie jRPG-ów. Dla mnie to jednak zupełnie inna kategoria. Tam spędzanie tylu godzin jest dla mnie w pełni zasadne. Po pierwsze, to kluczowe i nieodzowne elementy tego gatunku, tak jak chociażby rozgrywki klubowe w Fifie. Po drugie: w tych konkretnych grach lubię masę trenowania i farmienia postaci oraz poznawania niezwykle rozbudowanej historii.

To jednak nie powinno oznaczać, że teraz dosłownie każda gra musi mieć napchane tysiące znaczników i nic niewartych zadań pobocznych, które tylko bezzasadnie wydłużają czas gry. Szacunek do czasu gracza to najcenniejsze, co branża może nam dzisiaj zaoferować. I chociaż cenię sobie różnorakie eksperymenty i gatunkowe mieszanki, to kiedy nagle z typowego jRPG-a wychodzi dziwny, pokraczny twór, któremu bliżej do slashera (Final Fantasy XVI, heloł!), jest to zdecydowanie zły pomysł.

Chciałbym, aby gry zachowały swoją tożsamość gatunkową i wróciły do swoich korzeni, kiedy to dostawaliśmy dopracowane historie i ciekawe rozbudowane zadania, bez zbędnych dłużyzn i wdzierającej się na siłę monotonii podyktowanej otwartymi światami.

Final Fantasy XVI
Final Fantasy XVI

Generacja nr 10


hrabia: Jeżeli ktoś jeszcze tego nie wie, to podczas obecnie trwającej generacji konsol zaopatrzony jestem w sprzęt Microsoftu, czyli konsolę Xbox Series X. Po czterech długich generacjach wiernego przywiązania do marki PlayStation, czyli jakąś większość mojego życia. Dlaczego? Z dwóch dosyć trywialnych powodów. Po pierwsze, nie czułem potrzeby przesiadania się na PS5 z uwagi na ogrom zaległości, który miałem (i ciągle niestety mam) do ogrania na „czwórce”. Drugi powód to ciekawość, bo na temat ekosystemu Xboksa i usługi Game Pass słyszałem same pozytywne opinie. I po tych kilku latach spędzonych z czarnym klockiem na biurku muszę przyznać, że z podjętego wyboru jestem bardzo zadowolony. Żyłem jednak w przekonaniu, że to zmiana tymczasowa i jeżeli miałbym wrócić do sprzętu Sony, to konsola PlayStation 6, zamiast „piątki”, będzie ku temu idealną okazją. Aż tu nagle gruchnęła nowina…

Jadąc ostatnio do pracy słuchałem podcastu Rocka i Borysa, w którym omawiali oni głośne przejście Hideo Kojimy do obozu „zielonych”. Physint, czyli wielki powrót Kojimy do gatunku skradanek, kreowany jest jako duchowy spadkobierca serii Metal Gear Solid. Niektórzy upatrywali w nim również jednej z najmocniejszych pozycji w przyszłym katalogu PlayStation 6. Aż tu… niespodzianka! Mimo iż gra jest na bardzo wczesnym etapie produkcji, z premierą możliwą dopiero za 5-6 lat, w Sony już teraz podjęto decyzję o zakończeniu współpracy z Kojima Productions. Czy decyzja ta została podjęta pod wpływem dodania kilku komórek w Excelu? Zapewne tak. W Japonii wiedzą o tym najlepiej, bo w czasach pracy dla Konami, niejeden budżet gier z serii MGS został przekroczony. Błyskawiczną odpowiedź na tę rewolucję zgotowała Asha Sharma, aktualna szefowa Xboksa, przyjmując japońską legendę w swoje jakże otwarte ramiona.

Side Quest - Kojima

I gdy tak słuchałem o całym tym zamieszaniu oraz o tym, że przyszłe produkcje Kojimy zasilą w pierwszej kolejności katalog PC i Helixa (pamiętajcie, to ciągle kodowa nazwa projektu kolejnej generacji, nie oficjalna nazwa konsoli Xbox), zacząłem wątpić w sens opisanego wyżej planu powrotu do PlayStation. Bo jeżeli Xbox będzie w stanie pod wpływem decyzji nowego kierownictwa nie tylko wyjść na prostą, ale i przekonać do siebie większą liczbę użytkowników PlayStation, to być może doczekamy się wreszcie nieco zdrowszej rywalizacji w segmencie konsol. Osoby takie jak Hideo Kojima z pewnością są w stanie dołożyć do tego kolejne cegiełki. Choć jest nikła szansa, że finansowo jego gry będą się spinać, tak PR-owo jest to wartość wyłącznie dodana. A że osób takich jak ja, trzymających w sercu nieskończone pokłady nostalgii do jego produkcji, są na świecie miliony, tego dodawać chyba nie muszę.

Kolejną kwestią mogącą potencjalnie wpłynąć na wybór sprzętu, są głośne rozczarowania w obozie Sony. Dokładnie dzisiaj wychodzi Marvel’s Wolverine, czyli jedna z najważniejszych produkcji Sony w tym roku. I niestety, ale gra zbiera głównie średnie opinie. A to przecież Insomniac Games, jeden z najmocniejszych zawodników w drużynie „niebieskich”! Co jeśli podobne potknięcia zaliczą Santa Monica, czy, o zgrozo… Naughty Dog? Widzicie więc, tu dodajemy trochę dobroci, tam trochę rozczarowań i szala zaczyna nam się przechylać na nieco równiejszy, a na pewno korzystniejszy z punktu widzenia konsumenta, poziom. Tego w sumie życzyłbym sobie i wszystkim graczom, bo im równiejsza i bardziej zażarta rywalizacja o nasze względy, tym lepiej dla nas, prawda? Czy więc Pan Hideo będzie kropką nad „i” w wyborze mojego kolejnego sprzętu? Niech to pozostanie sekretem, który zdradzę w odpowiednim czasie…


Side Quest - Postaw kawę