Powrót do Silent Hill – recenzja filmu
Pierwsza część filmowego uniwersum Silent Hill, która zadebiutowała na ekranach kin w 2006 roku, przyjęta była początkowo dość chłodno. Z biegiem lat jej reputacja uległa poprawie. Nie była to pełnoprawna adaptacja gry Silent Hill, bardziej stanowiła wariację na jej temat. Choć obecnie film uznawany jest za całkiem przyzwoity, zdania na temat sposobu, w jaki oddał oryginalną historię, wciąż są podzielone. Można by zaryzykować stwierdzenie, że z debiutującym właśnie Powrotem do Silent Hill będzie tak samo… ale mam przemożne wrażenie, że tak się nie stanie.
Christophe Gans z pewnością ma w swojej filmografii co najmniej jeden udany film, do którego ma się raczej niewiele zastrzeżeń (mowa o Braterstwie Wilków). Sam z uznaniem (choć nie bez pewnych uwag) podchodzę do pierwszego Silent Hill, które wyszło spod jego ręki. Mimo całej masy zmian w stosunku do pierwowzoru nie można było odmówić twórcy, że poczuł klimat tego świata, sfilmował go z jakimś pomysłem i nadał mu też nieco własnego, autorskiego sznytu. Kwestią sporną było to, czy zrozumiał to uniwersum. Przez wiele lat byłem skłonny uważać, że tak – nawet jeśli nie do końca pokrywało się z tym, co proponowały gry.
Po obejrzeniu Powrotu do Silent Hill zmieniłem jednak zdanie. Christophe Gans nie rozumie tego świata w ogóle, a film z 2006 roku musiał być widocznie wypadkiem przy pracy. Tym razem jednak wystąpił też problem innego rodzaju. O ile oryginał można było docenić, nie znając uniwersum gier Konami, tak tegoroczna produkcja nie broni się jako dzieło filmowe niemal w ogóle.
Powrót… dokądś
Na początek zaznaczę może, że nie oczekiwałem po tym filmie nie wiadomo jakiego dzieła. Niższy o połowę budżet od oryginału, na który składało się kilka niezależnych film producenckich (zabrakło bowiem dużego dystrybutora), zwiastuny z dość niskiej jakości CGI, zastanawiające decyzje castingowe (James)… a mimo to miałem nadzieję, że film przynajmniej dorówna poziomowi poprzedniczki z 2006 roku.
Jak ma się on więc, jeśli chodzi o przeniesienie historii Silent Hill 2 na duży ekran? Otóż… bardzo źle. Co ja mówię, ten film w ogóle nie adaptuje tej gry, tylko opowiada zupełnie inną historię! Twórcy obiecujący film wierny grze nas oszukali. Zwiastuny pokazujące odwzorowanie w filmie scen z gry też nas oszukały. Otóż, moi drodzy, Powrót do Silent Hill zapożycza wyłącznie motyw wyjściowy oraz końcowy gry (tak czy owak zmodyfikowane niemalże nie do poznania), imiona postaci i inscenizację poszczególnych scen, ale przedstawia fabułę mającą się nijak do pierwowzoru. Gdyby jeszcze prezentowała ona jakikolwiek poziom…
Każda z postaci w filmie (za wyłączeniem, od biedy, Marii) ma całkowicie przepisaną historię swojego życia oraz rys psychologiczny. Czy było to konieczne? Chyba nie, bowiem Gans i współscenarzyści zdają się być tak czy owak zupełnie niezainteresowani bohaterami innymi niż James i Mary.
Pozostali – Laura, Eddie, Angela czy Maria – zostają zepchnięci na dalszy plan… a nawet gorzej. Stanowią bardziej easter eggi dla graczy obeznanych z grą, a ich czas ekranowy można liczyć w porywach do kilku minut, bądź mniej. Ich obecność w filmie jest właściwie zbędna i gdyby zostali z niego wycięci, nie uczyniłoby to wielkiej różnicy dla całości.
Tak, drodzy czytelnicy, dobrze czytacie – Maria, właściwie druga główna bohaterka gry, w tym filmie jest tylko zbędnym, kilkuminutowym zapychaczem bez niemalże żadnego znaczenia. Jej rola w Silent Hill 2 wpisywała się dość istotnie w podróż Jamesa, tutaj jest natomiast właściwie pomijalnym przystankiem.

Kiedyś był tu hit kinowy. Teraz już go nie ma
Wiąże się to z przedziwną decyzją filmowców, by wykastrować wszystkie postaci ze znanych graczom originów i napisać im nowe, powiązane nierozerwalnie z parą (nie)szczęśliwie zakochanych głównych bohaterów. Są to zmiany niewybaczalne, a w przypadku chociażby wspomnianej Angeli uważam, że to, co widzimy na ekranie, jest zwyczajnie skandaliczne. Bez ogródek powiem, że wymazano całą jej historię z gry, pozostawiając wyłącznie jeden element, który w zasadzie nie ma znaczenia innego niż puszczenie oka w stronę graczy. Kto w ogóle wpadł na tak koszmarny pomysł?
Może ktoś stwierdzi, że to plus produkcji – w końcu Silent Hill 2 było historią zmęczonego życiem człowieka, który po śmierci żony otrzymuje od niej list. Decydował się wtedy na desperackie jej poszukiwanie, żyjąc bezsensowną nadzieją, że ona żyje, więc film powinien koncentrować się na tym aspekcie.
Rzecz w tym, że Powrót do Silent Hill (przez jakieś 80% seansu) w ogóle nie jest o tym. W filmowym uniwersum bowiem dostajemy na wstępie informację, że James i Mary nie byli małżeństwem, a z uwagi na jakieś tajemnicze zdarzenie Sunderland zerwał z nią i wyjechał z Silent Hill (w którym mieszkali). Popada biedak w alkoholizm, a gdy otrzymuje od Mary list, uznaje, że jest to szansa na to, żeby do siebie wrócić…
Jeśli dziwi Was takie zawiązanie akcji, to niestety, ale na tym rozczarowania się nie kończą. Lwią część metrażu, poza poszukiwaniem przez bohatera swojej dziewczyny, film nie poświęca wcale na jakiekolwiek psychologiczne rozterki Jamesa Sunderlanda. Osią fabuły jest bowiem rozwikłanie tajemnicy, dlaczego bohaterowie ze sobą zerwali. Nie zdradzę tej zagadki, ale powód jest kuriozalny i stanowi inwencję filmowców niezwiązaną w jakikolwiek sposób z grą.
Co gorsza, mimo poświęcenia tyle miejsca temu wątkowi, nie ma on w zasadzie jakiegokolwiek realnego przełożenia na resztę historii. Dopiero pod koniec twórcy sięgają po motyw znany z Silent Hill 2. Nie działa on jednak, ponieważ został pozbawiony podbudowy, która była obecna w grach. Wygląda to tak, jakby Gans i spółka zorientowali się, że zostało im jeszcze jakieś dwadzieścia minut filmu, które czymś trzeba wypchać.
Zaproponowane przez filmowców zupełnie nowa fabuła i zmiany byłyby może do przeżycia, gdyby zostały napisane lepiej i sensowniej. Film w główniej mierze zbudowany jest jednak z ciągów sekwencji: James przybywający na jakieś miejsce, flashback do jakiegoś wydarzenia z przeszłości, może jakaś rozmowa bądź ucieczka przed stworem, James idący gdzieś dalej.
Z uwagi na przesunięcie środka ciężkości przez dużą część metrażu na tajemnice związane z samym miasteczkiem i jego powiązania z Mary, niewiele miejsca zostaje na jakiekolwiek aspekty psychologiczne postaci. 3/4 filmu przypomina nieco jakieś Scooby-Doo dla dorosłych, a potem dość szybko po rozwiązaniu zagadki (która również nie rzutuje na finał i ostateczne decyzje postaci) próbuje nadać się całości głębię, której wcześniej nie było – z mizernym skutkiem.
Tak więc Powrót do Silent Hill korzysta z gry, ale wyłącznie na zasadzie nawiązań i easter eggów. Jest James przyglądający się sobie w lustrze, jest list od Mary, jest Piramidogłowy, jest Angela z nożem przy lustrze, jest szpital Brookhaven i Woodside Apartments, jest James chowający się w szafie i wiele innych… ale wszystkie te rzeczy osadzone są w zupełnie innych kontekstach, wątkach i linii fabularnej niż ta, jaką widzieliśmy w grze. Jeśli chcieliście zobaczyć Silent Hill 2 przeniesione na wielki ekran – sorry, nie ten adres.
CZYTAJ WIĘCEJ: Game Story: Silent Hill 2 – recenzja książki

Antypostęp technologiczny
Niestety, produkcja stanowi również blamaż od strony sztuki filmowej. Powrót do Silent Hill, mimo tego, że mamy rok 2026, sfilmowany został znacznie gorzej niż jedynka sprzed dwudziestu lat. Można by bronić tego stwierdzeniem, że budżet był o połowę mniejszy. Należy jednak wówczas zadać pytanie: dlaczego twórcy, będąc świadomi tego ograniczenia, zaplanowali w filmie stworzenie scen, miejscówek i postaci, których przy takim budżecie nie da się zrobić dobrze?
Spora część ujęć, głównie plenerowych, bije po oczach okrutnym greenscreenem. Pojawiają się także maszkary i efekty przemiany miasta, których nie było w grze, a z których można było spokojnie zrezygnować na rzecz znanego z Silent Hill 2 bestiariusza. Słowem: trzeba było posiłkować się fabułą gry (jeśli to według twórców cholerna adaptacja gry) zamiast próbować realizować pomysły na jakieś spektakularne i efekciarskie (w zamyśle) sekwencje, które przez niedostatki budżetowe ocierają się o śmieszność.
Film wzbogacony jest również w niektórych miejscach o dziwne decyzje kreatywne, jeśli chodzi o reżyserię. Są one zupełnie nie na miejscu nie tylko w adaptacji Silent Hill 2, ale nawet i w fabule, którą film opowiada. Raz na jakiś czas niektóre ujęcia prezentowane są z punktu widzenia Jamesa niczym w grze FPP. Po co? Nie wiadomo. Gans nie używa tych ujęć, by podkreślić stan psychiczny bohatera bądź wprowadzać efekt niepokoju czy też jumpscare’y. Są to kilkusekundowe wstawki w trakcie różnych zdarzeń w filmie, wstawione z głupia frant.
Niektóre sceny są również nakręcone w stylu przywołującym na myśl serię Piła. Na ekranie pojawia się krótki rozbłysk, a potem, w urywanym klatkażu, obserwujemy jak np. James schodzi do podziemi podczas śledzenia pewnych postaci. Czy ma to obrazować jakiś stan niepokoju bądź zagrożenia? Bóg raczy wiedzieć, ponieważ losowość tego typu ujęć nie pozwala na jednoznaczne określenie, po co w ogóle je wprowadzono.
CZYTAJ WIĘCEJ: Silent Hill 2 Remake – Magia zła

Ciężar świata
Dialogi prezentują niespotykanie zły poziom – w głównej mierze sprowadzają się do ekspozycyjnych tekstów bądź prostackiego wypowiedzenia bohaterowi, co ma pomyśleć bądź dokąd iść. Nikt nie sili się na specjalną głębię opowieści – postaci mówią co myślą bądź wykładają sobie nawzajem wszystko, co konieczne do pchnięcia fabuły do przodu, jak krowie na rowie.
Aktorzy – mimo tego, że scenariusz gra całkowicie przeciwko nim – starają się jakoś dźwignąć ten, przepraszam za określenie, bezwartościowy tekst. Całość filmu spoczywa w zasadzie na Jamesie i Mary. Jeremy Irvine jest zupełnie niepodobny do growego Jamesa Sunderlanda, jednak to nie przeszkadza. Jak bowiem wspomniałem, filmowy James to zupełnie inna postać od pierwowzoru, tak jeśli chodzi o wygląd, jak i o rys psychologiczny. Mimo ogólnej bylejakości filmu widać, że facet jakoś się stara i chce żeby wypowiadane przez niego słowa brzmiały jak najprawdziwiej (z różnym skutkiem), nawet jeśli teksty te znajdują się na poziomie paradokumentu.
Podobnie Hannah Emily Anderson świetnie wywiązuje się ze swojej roli, pomimo tego że filmowa Mary to postać specyficzna, a czasami zachowująca się zupełnie nielogicznie. O innych postaciach trudno się wypowiedzieć, ponieważ pojawiają się na minuty bądź na sekundy nawet, a z uwagi na fabułę i tak nie mają większego znaczenia. Tak naprawdę to, że da się przy tym filmie wytrzymać i nie wyjdziecie z kina w jego trakcie (bądź nie wyłączycie go w trakcie oglądania, gdy już pojawi się na VOD), będzie tylko i wyłącznie zasługą tej dwójki aktorów, która z całych sił będzie starała się uwiarygodnić oglądane na ekranie kuriozum.
Przykro jest to mówić, ale w ogólnym rozrachunku Powrót do Silent Hill sprawia miejscami wrażenie produkcji półamatorskiej, stworzonej przez ludzi, którzy nigdy nie pracowali chyba przy jakimkolwiek filmie. Przerażające, biorąc pod uwagę, że szefował tej produkcji twórca pierwszego filmu, czego zupełnie nie widać choćby i przez sekundę.
Odejdź stąd i nigdy nie wracaj
Jako fan Silent Hill 2 okrutnie się rozczarowałem. Myślę też, że będzie to przeważające uczucie każdego gracza znającego serię Konami po zetknięciu się z tym filmem. Ludzie nieobeznani z tematem uznają raczej, że ten film to jakiś miałki (i nieudany) straszak, w którym kolejne zdarzenia kleją się w zasadzie na ślinę, a fabuła jest gorzej niż mierna.
I w tym cały problem. Gdyby tylko twórcy postawili na faktyczną adaptację gry, która jest mimo wszystko bardziej kameralna niż to, co opowiedziano w filmie, może i nie prezentowałby się on tak źle. Ten film jednak adaptacją nie jest. Słowo to oznacza przystosowanie czegoś z jednego rodzaju medium na potrzeby drugiego.
W tym przypadku jednak filmowcy niczego nie zaadoptowali, tylko napisali coś w całości swojego, posiłkując się inscenizacją pewnych elementów w grze. Ktoś, kto nie zna Silent Hill 2, uzna, że reputacja gry jako arcydzieła jest mocno przeceniana, skoro jej wersja filmowa to kompletny badziew. Przykre, że wiele osób zetknie się z tym filmem myśląc, że tak właśnie wyglądała gra.
Graczom zaciekawionym, jak wypadł film, odradzam wycieczkę do kina. Rekomenduję natomiast zagranie kolejny raz w oryginalnego Silent Hill 2 bądź jego remake. Jako ekranizacja gry jest to fatalna produkcja. Jako film sam w sobie jest zwyczajnie tragiczny. Mamy styczeń, a ja już teraz wiem, że to będzie jeden z najgorszych filmów 2026 roku. Stanowczo odradzam i nikomu nie polecam. Pół gwiazdki daję za aktorów, którzy starali się, jak mogli. Drugie pół otrzymuje Akira Yamaoka, ale tylko dlatego, że do ścieżki dźwiękowej przemycił kilka motywów znanych z gry. Na wyższą ocenę nie pozwala mi sumienie.













