XIII Remake

Wbrew oczekiwaniom głodnych nowości weteranów branży, moda na robienie remasterów i remake’ów tak naprawdę dopiero się rozkręca. O jakości tychże możemy zaś wyjątkowo często pisać poematy miłosne. Niezależnie czy są tą ambitne projekty przebudowy gry od samych podstaw (CapcomResident Evil 2), czy też świetnie wykonane liftingi graficzne znanych tytułów (projekty Bluepoint Games). Większość z nich chwalimy za poziom wykonania i technologiczny upgrade względem oryginału. Są jednak przypadki takie jak XIII, w których sztuka odświeżania gier sprowadzona została do mało artystycznej formy rzemieślniczej, zaś jej fachura – studio PlayMagic udowodniło w 2020 roku, że każde rzemiosło można spartaczyć.


Tym samym branża gier otrzymała jeden z najgorszych remake’ów w historii, który do dzisiaj zapisany jest czerwonymi zgłoskami bylejakości. Na tym jednak melodramat się nie kończy. Wydawca tytułu – Microids nie dał za wygraną i wynajął do naprawy gry (oraz własnego wizerunku) mało doświadczone, francuskie studio Tower Five. Efekt ujrzeliśmy we wrześniu 2022 w wersjach na konsole PlayStation 5, Xbox Series X/S oraz recenzowanej tutaj wersji na Nintendo Switch. Czy z tych fekaliów dało się ulepić jeszcze coś pachnącego? Powąchajmy.

XIII Remake - 1

Premierowa trauma i psychiczna rekonwalescencja

Na moje własne nieszczęście, jestem jedną z osób która miała styczność z premierową wersją XIII z 2020 roku. Pierwowzór kojarzyłem z miłymi wspomnieniami, lecz nigdy nie uważałem go za mesjasza branży. I nawet bez emocjonalnego przywiązania do oryginału i maksymalnie beznamiętnego podejścia do remake’u, pierwotna wersja odświeżonej Trzynastki była dla mnie czystym złem. Choć daleko mi do drobiazgowego malkontenctwa, doświadczenie to było niczym uderzenie obuchem w potylicę. Głównym winowajcą był stan techniczny gry. Przy nim premierowa wersja Cyberpunka 2077 na bazowe PlayStation 4, była wybitnym dziełem sztuki. Bogata paleta bugów i crashy była tak obszerna i urozmaicona, że gra ocierała się o granicę grywalności. Studio Tower Five na polu technicznego naprawienia gry, porwało się więc z motyką na słońce. Dodając do tego konieczność zaserwowania grze pełnej kuracji zabiegów upiększających oraz wykonanie poprawnych portów na nowe konsole, zadanie było złożone i niełatwe.

Oddając istotę sprawy dwoma słowami – jest lepiej! Nieistniejące AI przeciwników w pierwotnym remake’u, przeplatało się miejscami z totalnym zglitchowaniem oponentów. Przez niemal całą grę dochodziło do sytuacji komicznych i kuriozalnych, w których przeciwnicy: a) nie widzieli nas i robili za tarcze strzelnicze, b) wpatrywali się tępym wzrokiem w ścianę i nie reagowali na obrażenia, c) biegli w naszą stronę w zabawnym wyścigu, kto pierwszy przyłoży czoło do lufy naszej broni. Z trojga złego wybierzcie sobie to najmniejsze. Tower Five sytuację względnie opanowało. Przez całą grę nie uświadczyłem nawet jednej tego typu sytuacji. W trzech etapach zostałem natomiast mile zaskoczony, gdy przeciwnicy użyli namiastki wirtualnej inteligencji i rozdzieliwszy się, próbowali mnie oflankować. O używaniu zasłon i elementów otoczenia ciągle jednak w ich szkółce dla kryminalistów nie wspomniano. Nie bądźmy zanadto wymagający.

Znacznie gorzej sytuacja wygląda w przypadku bossów. W oryginale z 2003 roku, byli oni niełatwymi do pokonania przeszkodami, odznaczającymi się wybitną wytrzymałością. Niebezpieczeństwo wynikające z ogromu zadawanych przez nich obrażeń było realne, apteczki znikały z naszych kieszeni w zastraszającym tempie, a część potyczek trzeba było powtarzać wielokrotnie. W najnowszej wersji remake’u bossowie są nieśmieszną karykaturą, która co najgorsze zachowała pakiet ułomności z 2020 roku. Obrazując to nieco dosadniej – szefowie po prostu staną przed wami jak słupy soli, czekając aż wypełnicie ich czaszki ołowiem.


Coś nowego, coś od siebie

Jedną z najbardziej niezrozumiałych przeze mnie decyzji podjętych przez PlayMagic, było potraktowanie każdej z dostępnych w grze misji jako oddzielnego bytu. W oryginale z 2003 roku misje układały się w zgrabnie zaaranżowane tematyczne bloki, w skład których wchodziło zazwyczaj 4-5 misji w ramach danej lokacji. Co ważne – pomiędzy nimi zachowywaliśmy cały uzbierany ekwipunek i uzbrojenie. W remake’u tak nie jest i to jedna z wtop, której Tower Five nie naprawił. Kończąc jedną misję z pokaźnym zestawem uzbrojenia i trzema apteczkami w kieszeni, rozpoczynamy kolejną w tym samym miejscu, tyle że z prawie pustym plecakiem. Magiczny reset naszego bohatera nie jest w żaden sposób usprawiedliwiony i wprowadza niepotrzebną frustrację. Sensowność zbierania amunicji i medykamentów ulatuje bezpowrotnie, a chomikowanie zasobów na później nie ma tu kompletnie sensu. 

Implementacja XIII na hybrydową konsolę Nintendo wyszła poprawnie. Sterowanie konsolowym zestawem przycisków jest analogiczne jak na padach konkurencyjnych konsol Sony i Microsoftu. Nowością względem oryginału jest koło wyboru broni, które aktywując pod lewym triggerem pauzuje akcję, co pozwala nie tylko na spokojne wybranie broni, ale również zaplanowanie kolejnego ruchu. Wykorzystując wbudowany w konsolę żyroskop możemy delikatnie wspomóc celowanie przez lunetę, np. podczas używania kuszy, lub karabinu snajperskiego. Niestety każda ogrywana w grze misja posiada miejsca, w których konsolka wyraźnie łapie zadyszkę. Podobno nawet PlayStation 5 potrafi momentami wejść w tryb odkurzacza, co niezbyt dobrze świadczy o optymalizacyjnej warstwie najnowszych portów.

Miłym dodatkiem jest wprowadzenie w grze osiągnięć i sporej ilości poukrywanych w grze opcjonalnych dokumentów i pucharków. Jeśli jesteśmy koneserem czyszczenia gry na 100%, wprowadza to upragnione replayability, którego oryginałowi brakowało i zachęca do dokładniejszej eksploracji. Podobnie jak wybór jednego z czterech poziomów trudności zarówno dla całej gry, jak i w menu wyboru poszczególnych misji. Totalnie niepotrzebne z kolei było opracowanie trybu multiplayer, którego przetestowanie wymaga wykupienia usługi Nintendo Switch Online. Nie warto. Tryb ten jest bardzo ubogi, posiada jedynie trzy mapy, a w dodatku jest martwy i znalezienie kogokolwiek do wspólnej zabawy graniczy z cudem. Niepotrzebnie zużyte zasoby i pozostawiony ślad węglowy.

XIII Remake - 3


Wyczekiwana namiastka komiksowości

Jednym z najczęstszych argumentów w ustach zrozpaczonych hejterów odświeżonej Trzynastki, była oprawa graficzna remake’u. Dokładnie zmiana komiksowego cel-shadingu, na wygładzone modele rodem z Fortnite’a. Osobiście mnie to nie ruszało. Z wizją artystyczną twórcy nie dyskutuję, a do komiksowego pierwowzoru nie czuję nawet szczypty sentymentu. Tower Five postanowiło tu jednak podziałać i wersja na Nintendo Switch oraz na konsole dziewiątej generacji, prezentuje się z lekka odmiennie. Wszystkie występujące w grze modele postaci i elementów otoczenia, ubrane zostały w cieniutką warstwę rysunkowej farby. Wywołało to efekt zmatowienia i nadało obrazowi nutkę wyczekiwanej komiksowości. Nie jest to prawdopodobnie efekt taki, jakiego oczekiwaliby fani oryginału, ale jest zauważalnie lepiej. Rodzi się tu jednak pytanie nad sensownością robienia remake’u XIII jako takiego. Skoro gra z 2003 roku prezentuje się bardziej komiksowo i widowiskowo od nowej, to czy nie wystarczyłby jedynie remaster tej pierwszej? Z dopasowaniem rozdzielczości do współczesnych formatów oraz sterowania do aktualnie obowiązujących platform? Według mnie tak.


Remake XIII jaki jest, każdy widzi. Nie można odmówić studiu Tower Five wykonania tytanicznej pracy w kwestii poprawy warstwy wizualnej i naprawy AI potwora, jakim była edycja z 2020 roku. To jednak ciągle za mało by gracze i recenzenci zachwalali projekt, który już w założeniach był zepsuty i nie miał prawa się udać. Najbardziej wymownym argumentem niech pozostanie zgodna opinia całej branży, że zdecydowanie bardziej warto dzisiaj sięgnąć po oryginalną Trzynastkę (której recenzję możecie przeczytać tutaj), niż po odrestaurowanego rupiecia.

GRA DO RECENZJI DOSTARCZONA PRZEZ PLAION
DZIĘKUJEMY ZA WSPARCIE!

5 2 votes
Oceń Wpis
Subscribe
Powiadom o
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Grifter

Po poprzedniej wtopie, nagle ludzie się zainteresowali starą wersją gry, która na Steamie kosztowała coś koło 8 zeta. I była lepsza niż ten paździerz wypluty 20 lat później.

Ta gra już zawsze będzie mieć pecha (to pewnie przez tą trzynastkę). Najpierw zachwyt na E3, a gdy przyszło do premiery krytycy kręcili nosem, a gra zaliczyła finansową wtopę urywając się cliffhangerem. 20 lat później przygotowali kiepski remake, a teraz gra nawet poprawiona, mało kogo już interesuje. I znowu pewnie opowieść się urywa. Może za kolejne 20 lat?

1
0
Napisz co myślisz, zostaw komentarz.x