Final Fantasy – skromny początek wielkiej fantazji

Archaiczna rozgrywka, odpychająca grafika i zdawkowa historia. Powstałą w 1987 roku pierwszą odsłonę serii Final Fantasy ciężko się dzisiaj przechodzi, a jeszcze trudniej ocenia. Square (a później Square Enix) latami inwestował środki w kolejne odświeżenia tej przygody. W 2021 roku dzięki studiu Tose, na świat wydano ostateczną jej wersję w ramach kompilacji Final Fantasy Pixel Remaster. Dzięki niej kontakt z tym dziełem jest dzisiaj odrobinę przyjemniejszy.


Ruszamy ku przygodzie


Moja dotychczasowa styczność z pierwszą częścią Final Fantasy była krótka i dość powierzchowna. Oryginalnej konsoli NES nigdy w domu nie posiadałem. Z kolei na popularnych w naszym kraju Pegasusach, choć pękających w szwach od tytułów znanych z konsoli Nintendo, nie było mi dane nigdy wypróbować Ostatecznej Fantazji. Może po prostu nie miałem odpowiedniej złotej piątki? Nieważne. Istotne jest to, że z serią poznałem się dopiero w czasach trójwymiarowych odsłon, począwszy od Final Fantasy X na konsoli PlayStation 2. Gdy więc później, wykorzystując dobrodziejstwo komputerowej emulacji, cofnąłem się o trzy generacje wstecz i zapoznałem się z początkiem cyklu, nie byłem przesadnie zachwycony. Już nie pamiętam, jak daleko wtedy dotarłem, ale przygoda ta nie trwała zbyt długo. Już wtedy dało się odczuć tę technologiczną przepaść, która dzisiaj doskwiera jeszcze bardziej niż dwadzieścia lat temu.

Gdy w 2021 roku zadebiutował zestaw Final Fantasy Pixel Remaster, zawierający odświeżone wersje pierwszych sześciu części serii, wiedziałem już, że prędzej czy później raz jeszcze podejmę rękawicę. Ostateczna zachęta pojawiła się niespodziewanie wraz z początkiem 2026 roku. Do katalogu subskrypcji Xbox Game Pass dodano omawiany tu tytuł z zapowiedzią comiesięcznego dodawania kolejnych odsłon cyklu. Luty – Final Fantasy II, marzec – „trójka” i tak dalej. No to co, szybka instalacja (800 MB to dzisiaj tyle, co nic) i wyruszyłem w retro podróż ku narodzinom jednej z najważniejszych serii w gatunku jRPG.

Pierwsza myśl po odpaleniu gry? Całkiem ładnie im to wyszło! W przeciwieństwie do wcześniejszych reedycji tej gry, które pamiętam z konsol Sony, tutaj postarano się, by nazwa Pixel Remaster do czegoś zobowiązywała. Mamy więc faktycznie ładniejszą oprawę graficzną względem oryginału, ale stylizowaną bardziej na czwartą generację konsol (SNES). Wizualnie wersja ta mocno odbiega od tego, co zaproponowano w 2002 roku na pierwszym PlayStation, a także w 2007 roku na PlayStation Portable. Choć piksele biją z ekranu aż miło, to grafika wydaje się świetnym kompromisem pomiędzy archaicznym rodowodem serii a współczesnymi wymaganiami. Zobaczcie zresztą sami na poniższym porównaniu.

Final Fantasy 1

Mówimy tu oczywiście o odświeżonym tytule z lat 80-tych, toteż rzeczą naturalną jest konieczność zmierzenia się z szerokim zakresem archaizmów. Poza jedną krótką wzmianką o celu naszej misji z początku gry, twórcy remastera w żaden sposób nie prowadzą nas za rączkę. Sparzyłem się na tym dwukrotnie, gdy po zaliczeniu wszystkich dostępnych (tak mi się przynajmniej wydawało) lokacji, nie wiedziałem, co dalej ze sobą począć. Było więc sporo błądzenia, powtarzania tych samych walk i doszukiwania się przedmiotów kluczowych, które jakkolwiek popchnęłyby fabułę do przodu. Kajaczek do odebrania u leśnego druida? Latający statek schowany pod piaskową wydmą? Domyśl się pan sam!


Wojownicy Światła


O rozgrywce nie da się w zasadzie napisać niczego odkrywczego. Znajdziemy tu klasyczny, turowy system walki z podziałem naszej drużyny na profesje. Biały mag leczy drużynę, czarny wali z pioruna w przeciwników, a wojownik korzysta z dowolnej broni białej. Klasyka. Ciekawostka: w tej odsłonie nie myślano jeszcze o takim wynalazku jak mana czy punkty MP. Zamiast tego zaklęcia podzielono na osiem poziomów zaawansowania (coś w stylu księgi zaklęć z Baldur’s Gate), a każdego z poziomów możemy użyć ograniczoną liczbę razy. Czarów uczymy się w specjalnych szkółkach za uzbierane złoto, przespanie się w lokalnej tawernie odnawia zdrowie i licznik dostępnych zaklęć, a odnajdywana broń zazwyczaj dedykowana jest konkretnemu bohaterowi.

Final Fantasy - Screenshot 1

Tym, co bardzo spodobało mi się w tej wersji Final Fantasy, jest sposób, w jaki twórcy remastera powalczyli z archaicznością oryginału. Skorzystano tu oczywiście z dotychczasowego dorobku i kilku rozwiązań z poprzednich remasterów. Minimapka w rogu ekranu jest bardzo czytelna i można w każdej chwili ją powiększyć lub wyłączyć. W menu gry możemy podejrzeć pełną listę odwiedzonych miejsc ze wskazaniem, ile skrzyń pozostało nam do otwarcia w danej lokacji. Przydatne dla „platyniarzy”, ponieważ jedno trofeum wymaga otwarcia wszystkich skrzynek występujących w grze. Zapisu gry możemy dokonać już nie tylko na mapie świata, a w dowolnym miejscu! Opcja quick save jest praktyczna i przydaje się zwłaszcza przed trudnymi walkami z bossami. Same pojedynki zaś możemy przyspieszyć i nieco zautomatyzować dzięki opcji „auto-battle”, pozwalającej na automatyczne powtarzanie przez naszych bohaterów ostatnio wykonanych komend.

Jednak to, co moim zdaniem zrobiło największą robotę w kwestii ułatwienia rozgrywki, to zakładka „boost”. Znajdziemy w niej możliwość ustawienia mnożników doświadczenia i złota, od zera do aż czterokrotności zdobywanych przez nas łupów. To właśnie dzięki tej opcji możemy pominąć wielogodzinne grindowanie, chociażby pod ostatniego bossa, i zmniejszyć czas ukończenia gry, czyli około 20-25 godzin, o połowę. Choć rozgrywka delikatnie odbiega wtedy od oryginalnego balansu gry, bardzo cenię sobie, gdy twórcy tego typu remasterów szanują nasz czas. Nowością jeszcze istotniejszą jest dodanie opcji całkowitego wyłączenia losowych walk z przeciwnikami. Ta funkcja ma nawet dedykowany przycisk na padzie i była przeze mnie wykorzystywana nieustannie. W zasadzie to bez niej nie wyobrażam sobie ogrywania dzisiaj tak archaicznego tytułu. Kto choć raz musiał wrócić do kilkupiętrowej jaskini, w której co dwa kroki coś nas atakuje, ten z pewnością doceni to rozwiązanie.

Final Fantasy - Screenshot 2

Fabularnie nie znajdziemy tu niczego, co warte byłoby zapamiętania. Mamy tu prostą historyjkę o wybrańcach, których brzemię polega na odnalezieniu czterech magicznych kryształów i pokonaniu przynależnych im demonów. Innymi słowy jest to tematyka, z którą możemy spotkać się również w kolejnych odsłonach serii. Każdy artefakt odpowiada za jeden żywioł (ziemia, ogień, woda, powietrze), a po pokonaniu wszystkich czeka nas mały twist fabularny. Przyznaję, że nawet mnie trochę zaskoczył. Poza tym wiele tu sztampowych motywów klasycznego fantasy, jak ratowanie porwanej księżniczki, elficka osada z zaklętym księciem czy górnicza osada kransoludów. Z nostalgicznym uśmiechem powitałem też kilka motywów znanych z późniejszych odsłon, które, jak się okazuje, pojawiły się już w pierwszej iteracji. To właśnie tutaj po raz pierwszy mogliśmy podróżować latającym statkiem Cida, zastąpić Firę jej mocniejszym odpowiednikiem – Firagą, czy pogadać ze smokiem Bahamutem. Symbole serii, które pozostały z nami do dzisiaj.

Pod koniec gry zaskoczył mnie jeszcze jeden element: niesamowity skok poziomu trudności ostatniego bossa. Mimo bezwzględnej dominacji mojej drużyny na całej mapie świata, ostatnią batalię musiałem powtarzać i dość mocno się przy niej napociłem. Szybki przegląd internetu wyjaśnił mi wszystko. Twórcy remastera celowo podkręcili trudność na sam koniec i tutaj ostatni przeciwnik jest znacznie potężniejszy, niż miało to miejsce w poprzednich wersjach gry. Może nam się nawet zdarzyć sytuacja, że jeżeli w trakcie gry nadużywaliśmy opcji wyłączenia losowych walk, to ostatni przeciwnik wymusi na nas godzinkę lub dwie dodatkowego grindu. Nie wiem czy jestem fanem takiego rozwiązania, aczkolwiek przyznaję, że opisane wcześniej „przyspieszacze rozgrywki” sprawnie balansują tę trudność. Ostatecznie przy Final Fantasy bawiłem się nieźle i była to ciekawa retro przygoda. Biorąc poprawkę na rok powstania produkcji, można wybaczyć jej wiele, a na sam koniec docenić należy również to, że swoim sukcesem zapoczątkowała serię, którą fascynujemy się aż do dzisiaj.

Final Fantasy - Screenshot 3


Jeżeli, podobnie do mnie, pragniecie cofnąć się w czasie o prawie 40 lat celem poznania pierwszej odsłony Final Fantasy, mam dla was kilka zdań otuchy. Jasne, przedpotopowość będzie wylewała się z waszych ekranów wiadrami, a bez sowitej tolerancji na klimaty retro, rozgrywka odrzuci was już w pierwszej godzinie gry. Jeżeli to was nie odstrasza i macie w sobie smykałkę archeologa, to dzięki kilku sprawnym trikom i ułatwieniom rozgrywki zaserwowanym w edycji Pixel Remaster jest spora szansa, że dobrniecie do szczęśliwego końca. Ja tam dotarłem i nie żałuję. Jako historyczna ciekawostka i klasyka gamingu, zdecydowanie warto.