Podsumowanie roku 2025 okiem hrabiego
Dwa tysiące dwudziesty piąty wszedł i wyszedł z donośnym przytupem, niespodziewanie okazując się jednym z najciekawszych okresów w ostatnich latach. Był to rok wielkich sequeli, sukcesów sceny niezależnej i wielu nieoczekiwanych wygranych. O kilku takich zachwytach przeczytacie również w moim tegorocznym, jak zwykle mocno osobistym podsumowaniu roku. Przyjemnej lektury!
Kieliszek szampana na zakończenie roku
Słowo wyjaśnienia na początek. Tekst, który właśnie czytacie, nie jest kolejnym peanem na cześć Clair Obscur: Expedition 33. Takich podsumowań roku znajdziecie na pęczki zarówno w prasie, jak i w internecie. Tak, to prawdopodobnie najlepsza gra 2025 roku i zapewne należy jej się większość otrzymywanych nagród. I nie, nie mam z tym tytułem żadnego osobistego problemu. Jak być może się domyślacie, w wirze codziennych obowiązków zwyczajnie nie miałem czasu (ale też zbytnio ochoty, uczciwie przyznaję), by odłożyć wszystko na bok i zanurzyć się w tym głośnym, europejskim jRPG-u. To mój największy grzech tego roku, który przyrzekam odpracować najszybciej jak się tylko da.
Poza tym, rok 2025 był dla mnie wyjątkowy pod wieloma względami. Zapamiętam go głównie z powodu przeżycia wielu radykalnie skrajnych emocji. Pozytywnych, związanych z magią rodzicielskich przygód, podróży i codziennych wyzwań, ciągle stanowiących dla mnie źródło ogromnej radości i samorealizacji. Teraz być może nawet bardziej niż kiedykolwiek. Ale również tych negatywnych, bo w moim życiu wydarzyło się ostatnio trochę złego, na czele z największym w moim życiu zawodowym rozczarowaniem. Na zbyt wielu ludziach się zawiodłem, by ot tak puścić ten rok w niepamięć. Na szczęście całemu temu zamieszaniu, przez cały rok towarzyszyła mi gamingowo-sportowa otoczka, dzięki której mogłem realizować swoje pasje, zainteresowania i momentami zapomnieć o trudach dorosłego życia.
W zakresie gier wideo najważniejszym dla mnie projektem tego roku był powrót do Diablo II za sprawą wydanej w 2021 wersji Resurrected na PlayStation 4. Ponownie udało mi się z tym tytułem spędzić kilkadziesiąt fantastycznych godzin i ukończyć wszystkie poziomy trudności druidem i zabójczynią. Tym pierwszym nawet w wersji hardcore, bo wiecie, zbieram trofea… Przetestowałem tak znienawidzoną przez społeczność Mozaikę (nowe słowo runiczne, gdyby kogoś to frapowało), wyfarmiłem SoJa, a w trybie online uzbierałem woreczek „uszek” do świątecznego barszczyku. Całkiem sporo, jak na mnie. Owocem tej przygody jest obszerny Retro-Cross z okazji 25-lecia gry oraz nieco krótszy retro esej omawiający dodatek Lord of Destruction. A skoro już byłem zanurzony w świecie Sanktuarium, przy okazji przeczytałem również Play Nice. Powstanie, upadek i przyszłość Blizzarda, o której rozpisałem się w mojej pierwszej na portalu recenzji książki. Jedyne, czego nie udało mi się zrealizować w tym temacie, a byłoby idealnym domknięciem całej sagi, to pełnoprawna recenzja remastera Diablo II Resurrected. Obiecuję, że jeszcze kiedyś ją napiszę. Może gdy już dobiję do poziomu 99. i brzęknie w końcu odgłos pucharka. Bo wiecie, te trofea…

Najwięcej czasu w jednej grze – Bloodborne
Bloodborne to absolutne arcydzieło nie tylko gatunku soulslike, ale całego medium, jakim są gry wideo. Wiedzą to wszyscy ci, którzy już dekadę temu zawędrowali do Yharnam ze szlachetną misją upolowania kilkunastu bestii. A że przy okazji zanurzamy się w świecie pełnym przedwiecznych bóstw, kosmicznych ras i prastarych cywilizacji, tym lepiej dla żądnej przygód duszy wojownika. Zastanawiałem się, czy mogę ten tytuł polecić wszystkim pragnącym rozpocząć swoją przygodę z soulslike’owym formatem. Doszedłem jednak do wniosku, że nie. Bloodborne nie jest wcale łatwiejszy od serii Dark Souls. Zwłaszcza początkowy pojedynek z agresywnym i nieustępliwym Ojcem Gascoignem, może skutecznie zniechęcić mniej odpornych.
Nie zmienia to jednak faktu, że tytuł ten wart jest wyprutych z siebie żył i nadszarpniętych nerwów. Przeprawa przez ogarnięte plagą miasto to ciągła walka o przetrwanie i próba wyrwania się z koszmaru, ale też nieustający zachwyt nad stylem, klimatem i specyficznym pięknem otoczenia. To przeżycie odznaczające się nie tylko dużym wyzwaniem, lecz także wielowątkowym i arcyciekawym tłem fabularnym. Tak naprawdę czego by nie napisać o Bloodborne, to będzie to prawdopodobnie za mało. To trzeba zobaczyć i przeżyć na własnej skórze. Efektem mojej przygody są nie tylko niesamowite wspomnienia z ponad stu godzin spędzonych z tym tytułem, ale również dwie recenzje na naszym portalu – głównej gry oraz dodatku The Old Hunters. Polecam się z nimi zapoznać, a następnie podpisać cyrograf z pewnym ministrem. Tylko uczciwie przestrzegam. Z tej drogi nie ma już odwrotu.

Najlepsza gra niezależna 2025 roku – Blue Prince
Pozwólcie, że powszechny dyskurs na temat tego, czy Clair Obscur powinno być traktowane na tym samym poziomie niezależności, co Balatro i Lorelei, ominę szerokim łukiem. Swoje zdanie na ten temat mam, ale jako iż jRPG-owa przygoda dopiero przede mną, toteż wybór najlepszej gry indie był dla mnie nadzwyczaj prosty. Blue Prince ogrywam na konsoli Xbox Series X i spędziłem w nim już ponad pięćdziesiąt godzin. W tym czasie do napisów końcowych dotarłem jedynie raz, co, jak na „rogalika”, wydaje się dość nietypowym wynikiem. Duża w tym rola niekorzystnego RNG, ale również tego, że… paradoksalnie w tej grze wcale nie chodzi o dotarcie do celu! Większe znaczenie ma doszukiwanie się kolejnego dna opowieści i odkrywanie kolejnych warstw detektywistycznej intrygi. Rezydencja Mt. Holly Estate zawiera w sobie tak wiele tajemnic do odkrycia, że, jak to ktoś sprawnie określił na Reddicie: Odnalazłeś pokój 46? Gratulacje, właśnie ukończyłeś tutorial!
Mimo iż do rozwiązania pozostało mi jeszcze sporo zagadek i planuję w tym tytule utopić jeszcze wiele godzin, w pełni rozumiem wszystkie te osoby, które od Blue Prince odbiły się jak piłeczka ping-pongowa. To tytuł niestandardowy, w którym rozwiązywanie łamigłówek logicznych połączone jest z formułą roguelite, a co za tym idzie, z dużą losowością. Dla przykładu rozwiązanie problemu zalanych podziemi wymaga od nas postawienia blisko siebie kotłowni (ang. boiler room) oraz pompowni (ang. pump room), tak aby urządzenie w jednym pomieszczeniu mogło zasilić urządzenie z drugiego. Tyle że w Blue Prince wiedza na temat zagadki to jedno, ale jej rozwiązanie wcale nie musi przyjść łatwo. I tak, po kilkudziesięciu godzinach gry, ciągle jeszcze nie udało mi się zasilić tej zasranej pompy. Niebieski Książę wymaga od gracza ogromnej cierpliwości i grubego notatnika, a jeśli to zabawa nie w naszym guście, będziemy się przy nim wyłącznie frustrowali. Mimo to polecam wszystkim, aby choć na chwilę dali tej grze szansę. Jeśli „kliknie”, to utoniecie na kilkadziesiąt godzin. W 2026 roku wyczekujcie recenzji tej urokliwej i oryginalnej gry.

Biały Orzeł zasługi – The Alters
Z ogrywanych w tym roku nowości udało mi się sięgnąć po aż dwie polskie produkcje: The Alters od 11 bit studios oraz Cronos: The New Dawn od krakowskiego Bloober Team. Mimo iż podświadomie bardziej sympatyzuję z horrorami i z Cronosem ciągle jeszcze mam masę zabawy, to właśnie The Alters zaskarbiło sobie więcej mojej sympatii. Uwielbiam styl, w jakim „bici” podchodzą do swoich gier. Zarówno z This War of Mine, jak i z Frostpunkiem spędziłem w przeszłości kilkadziesiąt godzin i bardzo cenię sobie obie te produkcje. Mało tego. Spoglądając w tym roku na portfolio studia, nabrałem ochoty na nadrobienie ich debiutanckich projektów, czyli serii Anomaly. Wystartowałem nawet z ogrywaniem Anomaly: Warzone Earth, zatem w przyszłym roku możecie spodziewać się jakiegoś tekstu o tej serii.
Wracając do The Alters: pod wieloma względami jest to najlepsza produkcja warszawskiego studia. Eksploracja nieprzyjaznej planety z perspektywy TPP i połączenie jej z tradycyjnym dla „bitów” systemem zarządzania surowcami okazały się gameplayowym strzałem w dziesiątkę. Do tego dochodzą trudne wybory moralne wpływające na naszą rozgrywkę i zakończenie, a także główny motyw gry, czyli alterowanie głównego bohatera. Niestety zwiększenie nacisku na narrację odbiło się negatywnie na tak zwane replayability, które jednak jest odrobinę gorsze od takiego Frostpunka. Mimo to The Alters warto ukończyć przynajmniej dwukrotnie, aby sprawdzić dwa najważniejsze rozgałęzienia w grze i doświadczyć różnych skutków naszych wyborów. Ja tak zrobiłem, spędzając łącznie w grze ponad sześćdziesiąt godzin. Teraz czekam na pierwszy duży dodatek fabularny, który zapowiedziano na 2026 rok. Jeśli ktoś jeszcze nie czuje się wystarczająco przekonany, odsyłam do recenzji gry The Alters mojego autorstwa.

Przygoda, której na ten rok nie planowałem – Anthem
Gdy 3 lipca na Reddicie pojawił się specjalny wątek poświęcony zamknięciu serwerów gry Anthem, moją głowę momentalnie wypełnił blask migającej czerwonej lampki. To tytuł, który planowałem ukończyć od dnia premiery w 2019 roku, jednak przez wzgląd na przeciętne oceny i niezbyt przychylne opinie graczy, zawsze odkładałem go na bok. Aż tu latem gruchnęła wieść o tym, że właściciel marki, Electronic Arts, wydał na tytuł wyrok śmierci. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że Anthem to gra przeznaczona wyłącznie do gry wieloosobowej i wymaga stałego dostępu do serwerów EA. Po ich wyłączeniu dostęp do gry zostanie całkowicie zablokowany i nie będzie nawet możliwości uruchomienia jej w trybie offline. W sytuacji, gdy całą zawartość gry możecie ukończyć w pojedynkę, zakrawa to o jakiś nieśmieszny absurd, ale niestety takie są przykre realia zgotowane nam przez EA i studio BioWare. W zbroi Freelancera spędziłem blisko osiemdziesiąt godzin i skłamałbym pisząc, że bawiłem się przez ten czas źle.
Gdzie nie spojrzeć, Anthem to gra pełna skrajności. Przemyślany podział na cztery klasy javelinów z jednej strony oferuje zarówno urozmaicony repertuar mechanik, jak i responsywny, dający mnóstwo frajdy model latania. Z drugiej strony do systemu rozwoju można mieć wiele zarzutów, a zbierane na mapie „kryształki” są słabą namiastką prawdziwego looter shootera. Rozgrywkę oparto w dużej mierze o powtarzalne i do bólu generyczne misje, w ramach których walczymy ciągle z tymi samymi typami przeciwników. Jednakże kraina Bastionu jest piękna, a jej wertykalność zachwyciła mnie w podobnym stopniu, co latające wyspy Pandory w najnowszym Avatarze. I znowu, szkoda że w ramach tej pięknej krainy poznajemy tak miałką historię, która do pięt nie dorasta wcześniejszym dziełom kanadyjskiego studia, z trylogią Mass Effect na czele. I tak dalej, w ten deseń.
Jeśli ktoś hodował w sobie gigantyczny przedpremierowy hype na ten tytuł, to mogę sobie tylko wyobrazić, z jak wielkim rozczarowaniem zmierzył się po premierze gry. Anthem momentami jest piękny i wciągający, by po chwili zawodzić w kwestiach fundamentalnych dla pseudo-MMO looter shootera. Ostatecznie zaś, biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, okazuje się tytułem mocno przeciętnym. Od Anthem emanuje największa aura niewykorzystanego potencjału, z jaką kiedykolwiek spotkałem się w grach. W takim stanie tytuł zostanie niestety pogrzebany. Wielka szkoda, bo gdyby tylko twórcy poszli drogą No Man’s Sky, ich gra prawdopodobnie byłaby dzisiaj czymś wielkim. Serwery gry zostaną wyłączone 12 stycznia 2026 roku, więc jeśli macie jeszcze ochotę poczuć wiatr na pancerzu, to nie zostało wam wiele czasu. Nim jednak to nastąpi, przeczytacie jeszcze jedną rozprawkę na temat Anthem, która będzie moją pierwszą publikacją w przyszłym roku.

Co jeszcze w 2025 roku?
W mijającym roku ominęło mnie sporo tytułów uznawanych przez ogół graczy za rozczarowujące, takich jak Avowed, Painkiller, czy Bloodlines 2. Nie oznacza to jednak, że na niczym się nie zawiodłem. Wśród ogranych zaległości, dwie gry szczególnie zaszły mi za skórę. Pierwsza to The Order: 1886, który po dziesięciu latach od premiery ciągle potrafi zachwycić grafiką, animacjami i cudownym klimatem wiktoriańskiego Londynu. Z drugiej strony przeszkadzają tam rażące błędy w rozgrywce i brak jakiegokolwiek sensownego zakończenia.
Drugi tytuł to świeżo przeze mnie zrecenzowane Remember Me, czyli debiut studia Don’t Nod, który mimo iż zakończenie posiada (choć odrobinę naiwne, ale pomińmy to), rozczarował mnie do bólu nudną walką i niewystarczającym wykorzystaniem potencjału futurystycznego Paryża. Dla tego drugiego tytułu wróciłem zresztą do konsoli PlayStation 3, co było ciekawym doświadczeniem. Tytuł odhaczony, więc slimka trafiła z powrotem do kartonu. Jej czas jeszcze kiedyś nadejdzie przy większej serii gier, ale nie będę teraz zdradzał o co chodzi.
Na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy ograłem też kilka innych tytułów. Na PS4 nadrobienia i stosownej recenzji doczekało się Until Dawn. Mimo iż jestem graczem raczej stawiającym na gameplay niż narrację, tego typu format również bardzo mi odpowiada. Ciekaw jestem kolejnych dzieł studia Supermassive, więc prędzej czy później na pewno sięgnę po nowsze produkcje spod szyldu The Dark Pictures.
Na konsoli Xbox Series X poza dwoma wspomnianymi wcześniej hiciorami – The Alters i Blue Prince, grałem również w mniej znane Contrast, Cronos: The New Dawn (felieton na temat gry przeczytacie w przyszłym roku) czy konsolowe wydanie pierwszego Dooma z 1993. Rozpocząłem także sieciową zabawę w pierwszej odsłonie Titanfall, który, o dziwo, nie jest całkowicie martwy i da się w niego pograć nawet dzisiaj. Z powodu liczby graczy możemy wybierać jedynie tryb Attrition, ale pewnych przeszkód zwyczajnie nie przeskoczymy. Z kolei z synem pogrywaliśmy sobie od czasu do czasu w takie tytuły jak Bluey: The Videogame (na bazie bardzo przyjemnego serialu animowanego dla dzieci), Crash Bandicoot N. Sane Trilogy (graliśmy tylko w Warped, bo jest najłatwiejsza z trylogii), Banjoo-Tooie, Super Lucky’s Tale, a także tematycznie pod koniec roku w The Grinch: Christmas Adventures.
W kwestii działalności na Cross-Playu, to w teorii 2025 rok był najsłabszy w mojej karierze. Przez ostatnie 12 miesięcy opublikowałem raptem czternaście tekstów, z czego cztery zasiliły dział publicystyki, a dziesięć to recenzje. Na zabawę w newsy nie miałem niestety czasu, a jeśli chodzi o pozostałe teksty, to wykręciłem zbliżony wynik do tego z roku 2024 (15 tekstów „nienewsowych”). Nie narzekam więc, bo, jak mawia klasyk, zawsze mogło być gorzej. W 2026 poprawienie tych statystyk jest całkiem realną opcją, więc nie pozostaje mi nic innego, jak mieć nadzieję i wziąć się do pracy.

Plany na 2026
Tradycyjnie już zakończę swoje podsumowanie obszerną zapowiedzią. Nowy Rok rozpocznę od wskoczenia na pokład Normandii, by wraz z komandorem Shepardem ponownie wyruszyć na podbój kosmosu. Będzie to mocno sentymentalna podróż, bo z Mass Effectem wiążą mnie wspomnienia o osobie, za którą bardzo tęsknię. Równolegle do epickiej space opery studia BioWare, z początkiem roku planuję ponownie przywdziać zegarek SHD i raz jeszcze odwiedzić zaśnieżony Nowy Jork w Tom Clancy’s The Division. Tym razem na platformie Sony. Z obydwu tych powrotów spodziewajcie się w przyszłym roku obszernych tekstów. Plan numer trzy to nadrobienie głośnego hitu z 2019 roku, który, z tego co słyszałem, jest w stanie częściowo ukoić fantomowy ból po pewnej stracie. Liczę, że zasłyszane tu i ówdzie zachwyty nad tym tytułem okażą się prawdziwe.
W przyszłym roku wypada 30-lecie jednej z moich ulubionych serii, czyli Resident Evil. Myślę więc, że tematyczny Retro-Cross z pierwszej wycieczki do rezydencji Spencera byłby całkiem dobrym pomysłem na artykuł. A trzymając się 1996 roku, można jeszcze napisać o Tomb Raiderze, Crashu, Super Mario 64, Quake’u czy Pokémonach Red/Blue. Wszystkie te tytuły ogrywałem wielokrotnie, więc coś z tego zestawu z pewnością wpadnie pod moje pióro.
Życzę czytelnikom zaglądającym na Cross-Play wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Niech 2026 będzie pod każdym możliwym względem lepszy od tego, który właśnie żegnamy. Jeśli dotarliście do tego miejsca, dziękuję za poświęcony czas i do zobaczenia równo za rok w kolejnym podsumowaniu. Do siego roku!













