Until Dawn

Grupka amerykańskich nastolatków, domek w górach i czający się pod osłoną nocy psychol z nożem w ręku. Czy można sobie wyobrazić bardziej wyświechtaną scenerię horroru klasy B? Pewnie nie. Jednak to, co na srebrnym ekranie stanowiłoby kolejne oklepane tło popcornowego seansu, w realiach gry wideo okazuje się zaskakująco ciekawą i angażującą przygodą. W chwilach prawdziwej trwogi i zagrożenia życia, noc potrafi ciągnąć się w nieskończoność, o czym doskonale przekonują się bohaterowie Until Dawn, pierwszej dużej produkcji studia Supermassive Games.


Poimprezujmy w górach!


Jak przystało na historyjkę o amerykańskiej młodzieży, opowieść rozpoczynamy od mocno zakrapianego melanżu. Tu ktoś śpi zalany w trupa, komu innemu w głowie rendez-vous na pięterku, a trzeciemu marzy się influencerski dobrobyt, opublikowawszy w sieci epickiego pranka. Żart, mimo szczerych chęci, nie wychodzi tak, jak powinien, co ostatecznie doprowadza do tragicznego finału. Właściwa gra rozpoczyna się rok później, gdy otrząśnięta z traumy grupka przyjaciół ponownie odwiedza górskie schronisko w Blackwood Mountain. Echa przeszłości mają jednak to do siebie, że szybko nie pozwolą o sobie zapomnieć, zatem grasujący po okolicy psychopata nie będzie ich jedynym zmartwieniem.

Prolog, wespół z pierwszymi dwoma rozdziałami, nie zrobiły na mnie szczególnie dobrego wrażenia. W całej swojej slasherowej konwencji, gra zasypała mnie szpulami pozdzieranych do granic klisz, w której w ramach walking-simowej gry przygodowej, kierujemy grupką nastolatków. Podczas pierwszych godzin w górskiej rezydencji poznajemy na wskroś stereotypowe postacie i powtarzalne motywy, a także doświadczamy kilku przewidywalnych jump scare’ów. Jednak gdy z czasem gra nabiera odpowiedniego tempa, odkrywamy kilka uroczych zapożyczeń z kinematografii, na przykład z serii Piła czy Halloween, a kolejne podjęte przez nas decyzje realnie wpływają na perypetie bohaterów. W pewnym momencie zdajemy sobie sprawę, że w tej metodzie tkwi może i banalny, ale skuteczny przepis na sukces.

Until Dawn - screenshot 2
Praca kamery często podsyca naszą niepewność i strach.

Until Dawn nie posiada jednego głównego bohatera. W opozycji do przeważającej większości horrorów, pod naszą kontrolę trafia aż osiem mocno różnorodnych postaci. Od będącego duszą towarzystwa snobistycznego okularnika, przez pewnego siebie bożyszcza nastolatek, przemądrzałą i irytującą kujonkę, wiernego i dobrotliwego Afroamerykanina, kończąc na myślącej jedynie o nudystycznych uciechach przy rozpalonym kominku, cycatej blondynie. Gra automatycznie przeskakuje pomiędzy kolejnymi osobami w narzuconych przez twórców tempie i kolejności. Każdym z bohaterów możemy pozwiedzać fragmenty wybranych lokacji w poszukiwaniu poszlak czy przepowiadających przyszłość totemów, a także zadbać o dobre relacje ze znajomymi.

Najistotniejsze jednak jest ciągłe popychanie fabularnego wózka do przodu. Przez cały czas trwania zabawy, fundamentem rozgrywki pozostaje szereg tak istotnych, jak i pozornie błahych wyborów, których suma ostatecznie doprowadza do przeżycia lub śmierci któregoś z członków wyprawy. W skrajnych przypadkach gra pozwala nam nie uszczuplać paczki przyjaciół o żadne słabe ogniwo, lub też urządzić uroczą rzeź niewiniątek, w trakcie której na ekranie zobaczymy spalone ciała, odpadające głowy, miażdżone czaszki i inne klasyki slasherowego gatunku. Praktyka pokazuje, że grając w ciemno po raz pierwszy, najprawdopodobniej wylądujemy gdzieś pośrodku tych skrajności.

Until Dawn - screenshot 1
Zabawa w przywoływanie duchów? To nie może skończyć się dobrze…

Refleks i decyzyjność


Skręt w lewo czy marsz przed siebie? Schodzić ze skarpy ostrożnie, czy pośpiesznie? Biec wąskim korytarzem w nadziei na zgubienie mordercy, czy może skryć się pod biurkiem i wstrzymać oddech? Bardzo wiele naszych wyborów połączonych jest z emocjonującymi sekwencjami gonitwy za kimś lub ucieczki przed kimś. Nieodłączną częścią tych etapów są również Quick Time Eventy, w ramach których musimy wycelować analogiem w dobrą stronę czy ominąć przeszkodę odpowiednim przyciskiem pada. Nawet jeśli macie alergię na tego typu patenty, te zaproponowane w Until Dawn nie powinny was zanadto wymęczyć. Wykonane są czytelnie, pojawiają się dokładnie tam, gdzie aktualnie wędruje nasz wzrok, a jedno potknięcie nie przekreśla całego etapu. Nie jest ich może tyle co u Davida Cage’a (na przykład w Beyond: Dwie Dusze), ale gdy już się pojawiają, pozostawiają pozytywne wrażenie.

Moc sprawcza stanowi niezaprzeczalną zaletę gry i w dużej mierze decyduje o jej sukcesie. Tam, gdzie w kinie jesteśmy wyłącznie biernymi obserwatorami, mogącymi co najwyżej obstawiać kolejność dokonywanych żywotów, tak tutaj, mając realny wpływ na przebieg zdarzeń, to my jesteśmy reżyserem całego spektaklu. Dodatkowo spora część podjętych przez nas decyzji ma swoje odbicie w mechanice zwanej „efektem motyla” (ang. butterfly effect), czyli najciekawszym motywie gry. Na przestrzeni całej historii kolejne nasze wybory zapisują się w specjalnym menu z ikonkami motyli, gdzie możemy na bieżąco je przeglądać. Z czasem wiele z nich aktualizuje się na skutek postępów w fabule i łatwo możemy dojść do tego, która akcja wywołała daną reakcję. Z „motylków” wywnioskować możemy również szereg wskazówek na przyszłość, aby w kolejnym podejściu wyeliminować część zagrożeń i uzyskać inny efekt końcowy.

Until Dawn - screenshot 3
Pod wpływem naszych decyzji zmieniają się cechy postaci i relacje z resztą bohaterów.

Trzy godziny do świtu…


Pomimo sztampowego rodowodu i z początku mocno irytującego charakteru większości postaci, nie mogę się w żadnym miejscu przyczepić do technicznego aspektu ich wykonania. Motion capture i animacje stoją na fantastycznym poziomie, zbliżonym do The Order: 1886 z tego samego roku. W głównych rolach plejadka hollywodzkich gwiazd, takich jak zdobywca Oskara za Bohemian Rhapsody Rami Malek, znana z Krzyku 4, Krzyku VI czy serialu Nashville Hayden Panettiere, a także niezastąpiony Peter Stormare, którego możecie kojarzyć ze Skazanego na Śmierć, Armageddonu czy Fargo. W zasadzie każdą z występujących postaci zapamiętałem pozytywnie, choć fabularne zagrywki w wielu momentach do tego nie nastrajają. Zdecydowanie nie polecam z kolei ustawiania polskiego dubbingu, który w porównaniu z oryginalnym wyszedł wyjątkowo koszmarnie.

Ze statycznymi kamerami nie wszyscy sympatyzują i Until Dawn raczej tego nie zmieni. Co prawda znacznie zyskuje na nich zabawa światłocieniem, możliwość podążania za kadrem pod odpowiednim kątem, czy biorące nas znienacka sekwencje QTE, jednak obok tego doświadczamy również ujęć wyjątkowo niewygodnych i mało czytelnych. Dają się one we znaki zwłaszcza w połączeniu ze sterowaniem, które w kilku wolniejszych etapach również może nam napsuć nieco krwi. Postaci poruszają się lekko ociężale, nie są zbyt zwrotne i w kilku miejscach trzeba poprawiać ich pozycje, by móc wejść w kontakt z interaktywnym elementem otoczenia.

Until Dawn - screenshot 4
Gra świateł i cieni to jeden z filarów budowania klimatu.

Ogrywając tytuł, wielokrotnie możemy zauważyć, że nie wszystkie decyzje zostały przez twórców tak samo dobrze przemyślane. Niektóre sceny mają większy sens wyłącznie wtedy, gdy pasuje przewidziany do nich wcześniej skład personalny. W przypadku osobowych braków, przerywniki filmowe są pochlastane i nie robią już tak dobrego wrażenia. Ponadto przy nieodpowiedniej kompozycji ludzi, w kilku miejscach postacie zachowują się irracjonalnie, a część wymaganych przez grę wyborów traci jakikolwiek sens. Sama historia również nie uniknęła kilku drobnych dziur fabularnych, jednak nie są one rażące i łatwo można je przeoczyć w natłoku akcji.

Szkoda również, że autorzy gry nie przewidzieli możliwości pomijania dialogów i cutscenek. Przechodząc grę po raz wtóry, pewne sceny znamy już na pamięć i oglądanie ich bez możliwości pominięcia nie ma wiele sensu. Technicznie gra wypada nadzwyczaj dobrze, jak na poziom szczegółowości otoczenia i występowanie zachwycających górskich krajobrazów. Odnotowałem co prawda kilka słabiej zoptymalizowanych etapów, w których płynność spada poniżej sztywnych trzydziestu klatek na sekundę, jednak nie są to sytuacje nagminne. Zdecydowanie można je twórcom wybaczyć.


Kultowość starych slasherów polega w głównej mierze na prostocie konwencji i czystej zabawie. Until Dawn można rozpatrywać podobnymi kryteriami, bo choć samej grze można nieco zarzucić, tak finalnie pozostajemy z czystą zabawą i świetnym patentem na regrywalność. To jeden z tych tytułów, który prezentujesz gamingowym laikom, by pokazać jakiś ciekawy bajer, którym może stać dowolna gra wideo. Dodatkowo omówiony tu horror stanowi przełom w twórczości Supermassive Games, wyznaczając kierunek artystyczny ich późniejszego dorobku. I choć od premiery gry minie w sierpniu tego roku równa dekada, tak tytuł ten przez wielu wskazywany jest jako jeden z najlepszych w całym gatunku. Warto znać!