Prince of Persia: Zapomniane Piaski

Różowe okulary nostalgii zmieniają nasze wspomnienia, również te związane z grami. Myśląc o Prince of Persia: Sands of Time, często rozpamiętuję największe zalety gry – baśniowy klimat i płynne animacje. Jej wady, takie jak niezbyt intuicyjna praca kamery, okazują się z czasem nieistotne. Mózg je po prostu zapomina. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, Zapomniane Piaski również chcą co nieco ubarwić przeszłość.


Mamy tu bowiem do czynienia z trzecioosobową grą akcji, której gameplay stoi na dwóch nogach – walce oraz parkourze. Całość tworzy niemal identyczną pętlę rozgrywki, co w starej trylogii, wydanej w latach 2003-2005. Akcja Zapomnianych Piasków rozgrywa się pomiędzy Piaskami CzasuDuszą wojownika, kiedy to Książę co prawda nie jest już naiwnym smarkaczem z „jedynki”, ale nie stał się jeszcze ponurakiem z „dwójki”. Zapomniane Piaski miały ukazać tę zmianę. A przynajmniej takie obietnice składali twórcy gry.


S.S.D.D.


Tytułowy bohater udaje się do zamku swojego brata. Pech chciał, że tuż przed jego przybyciem, twierdza zostaje zaatakowana (bodajże przez Babilończyków, nie żeby to miało duże znaczenie). Skoro zatem Prins jest w okolicy, to wypadałoby mu pomóc odeprzeć najeźdźców. Kiedy jednak siły wroga okazują się przeważające, brat Księcia uwalnia prastarą armię króla Salomona, której żołnierze są „liczni niczym ziarnka piasku na pustyni”. Z jakim skutkiem? Ano takim, że przez resztę gry będziemy tych wojowników posyłać z powrotem do piachu.

Jeśli podczas czytania pomyślałeś/aś sobie: „hej, przecież podobnie było w Piaskach Czasu!”, to tak, zgadza się. Początek gry nie jest tylko podobny do prologu Piasków Czasu. Jest niemal dokładnie taki sam. Oblężenie zamku przez wielką armię? Jest. Prastara moc, której działanie musimy odwrócić? A jak. Tajemnicza pomocniczka, jako jedyna orientująca się w całym tym bałaganie? Obecna. Tylko złowrogiego wezyra brak.

Prince of Persia: Zapomniane Piaski [1]

Recykling motywów znanych ze starej trylogii nie dotyczy wyłącznie początkowych etapów gry. Historia wielokrotnie puszcza oczko do miłośników przygód Księcia. Najbardziej rzuca się to w oczy podczas rozbudowanej sekwencji pościgowej, w której uciekamy przed jednym potężnym stworem. Przywodzi ona na myśl Duszę wojownika i ucieczki przed Dahaką. Podobnie mamy okazję odwiedzić Miasto Dżinów, które jako żywo przypomina opcjonalne etapy w Piaskach Czasu, gdzie zwiększało się maksymalny poziom zdrowia. Na szczęście owe smaczki są na tyle subtelne, że gracz nieobeznany z serią nie poczuje, że coś stracił. Jest to natomiast cichy hołd dla starych odsłon serii. Co prawda trochę śmierdziało mi to lenistwem scenarzystów i graniem na nostalgii, ale w fabule gry pojawiają się też motywy niepochodzące z odzysku. To, że nie są zbyt ciekawe, to inna sprawa.


Ogniem i mieczem


Rozgrywka w Zapomnianych Piaskach w niczym nie ustępuje poprzednim odsłonom serii. Akrobacje Księcia są płynne jak nigdy przedtem, a dzięki bardziej czytelnemu level designowi praktycznie nie da się tu „zaciąć”. Poza standardowym zestawem skoków i susów, Prins na przestrzeni gry zdobywa szereg umiejętności specjalnych. „Zatrzymywanie” wody umożliwi chwytanie się jej i bieg po zmrożonych wodospadach. Z kolei najbardziej widowiskowe jest błyskawiczne przyciąganie się do wrogów, dzięki którym można pokonać spory dystans w powietrzu i wylądować na piaskowym potworze (z niekorzyścią dla tego ostatniego). Gameplay designerzy z Ubisoftu dobrze wiedzieli, co robią. Parkour w Zapomnianych Piaskach sprawia tonę frajdy.

Jest to Książę, jakiego pamiętamy, ale niekoniecznie taki, jaki był naprawdę.

Do sekwencji platformowych dochodzą starcia z przeciwnikami, które dają absurdalnie dużą satysfakcję. System walki nie jest co prawda szczególnie rozbudowany (mamy atak szybki, wolny oraz unik), lecz szlachtowanie dziesiątków wrogów na ekranie daje nieliche poczucie mocy. Nie jest to walka rodem z Assassinów czy Batmanów, gdzie każdy zbir czy żołnierz na ekranie grzecznie czeka w kolejce do skopania rzyci. Bardziej przypomina to zbiorowe zarzynanie przeciwników rodem ze starych odsłon serii God of War. Jest to szczególnie odświeżające po ograniu Prince of Persia z 2008 roku, gdzie maksymalna liczba przeciwników na ekranie wynosiła… jeden. I mimo że systemowi walki nieco brakuje głębi, taka formuła starć po prostu się sprawdza. Nawet jeśli momentami sprowadza się do napierniczania w przycisk ataku.

Każdy pokonany przeciwnik daje nam określoną liczbę punktów rozwoju, dzięki którym możemy ulepszyć naszą postać. Poza wydłużeniem paska zdrowia czy zwiększeniem zadawanych obrażeń, możemy również wykupić cztery specjalne zdolności do wykorzystania na polu walki. Prins może chociażby zostawiać za sobą ślad ognia czy przywdziać kamienny pancerz. Fajne, choć przydatne głównie w drugiej połowie gry, w której pojawiają się już wszystkie rodzaje przeciwników. Szkoda tylko, że w trakcie przygody nie da się zwiększyć poziomu trudności – można go jedynie obniżyć. Ja skończyłem przygodę z The Forgotten Sands na „normalu”, choć gdybym mógł, zmieniłbym poziom wyzwania na „trudny”.

Prince of Persia: Zapomniane Piaski [2]


Słusznie zapomniane?


Jeśli miałbym wskazać największe różnice pomiędzy Zapomnianymi Piaskami a starą trylogią, byłyby to na pewno rozmach i skala wydarzeń rozgrywających się na ekranie. Wyczuwam tu inspiracje serią God of War i jest to dobre źródło – dzięki tym etapom zwyczajowy parkour i zarzynanie potworów nabierają niemalże nowej jakości. Szkoda tylko, że sekwencje te można policzyć na palcach jednej ręki. Reszta gry jest dość powtarzalna, lecz dzięki dobrze wyważonemu tempu gry nie jest to uciążliwe. Jeśli podczas grania masz wrażenie, że zaraz powinniśmy trafić na arenę pełną wrogów, to przeważnie po chwili tam właśnie trafiasz.

Nie mogę natomiast przeboleć odarcia gry z jakiegokolwiek charakterystycznego klimatu. Nie oczekiwałem uczty dla duszy na miarę Piasków Czasu, ale nowe-stare przygody Księcia są po prostu nijakie. W muzyce próżno szukać agresywnych (czy jakichkolwiek) gitarowych riffów, tak charakterystycznych dla starych odsłon serii. Owszem, warstwa audio dostarcza kilku niezłych filmowych brzmień. Tyle że za diabła nie pamiętam z nich ani jednej nutki. A nie od dziś wiadomo, że to muzyka odpowiada za lwią część klimatu gry. Nie uświadczymy tu też obiecywanej przemiany Księcia. Jego charakter jest taki sam zarówno na początku, jak i na końcu gry. Zmarnowany potencjał, szkoda!

Momentami miałem wrażenie, że Zapomniane Piaski powstały wyłącznie z myślą o (notabene zaskakująco dobrej) adaptacji filmowej Piasków Czasu, która ukazała się w tym samym roku co gra. Nie ma w tym nic złego, ale chciałoby się więcej, lepiej i „bardziej”. Z drugiej strony produkcja ta subtelnie porusza struny nostalgii. W trakcie przygody miałem wrażenie, że w Zapomniane Piaski gra się niemal identycznie, jak w stare części. Niemal, bo stara trylogia nie cechowała się tak inteligentnym level designem, bez którego łatwo było utknąć na etapach platformowych. Do tego kamera potrafiła płatać figle, często ukazując wszystko poza miejscem akcji. W Zapomnianych Piaskach tych problemów po prostu nie ma. Jest to Książę, jakiego pamiętamy, ale niekoniecznie taki, jaki był naprawdę.


Recenzując Zapomniane Piaski, miałem nie lada zagwozdkę. Z jednej strony jest to naprawdę solidny tytuł, dostarczający kilka godzin zabawy wolnej od zgrzytów czy bugów. Z drugiej jednak brakuje tu jakiegoś elementu, który zamieniłby „można sprawdzić” na „warto zagrać”. Jest to po prostu dobra gra, przywodząca na myśl wspomnienia o starych przygodach Prinsa. Czuję jednak, że z czasem moja pamięć podkoloryzuje wspomnienia również o tej grze.

 

One thought on “Prince of Persia: Zapomniane Piaski

  1. Mój odbiór Zapomnianych Piasków był trochę podobny do ostatniej greckiej przygody Kratosa w ramach God of War: Ascension. Obie gry pod względem technicznym i wizualnym były najlepiej dopieszczonymi i odpicowanymi w swoich seriach, udowadniając jednocześnie jak bardzo dana formuła rozgrywki się już wyczerpała. W przypadku Księcia pewne znużenie czuć było już w Dwóch Tronach, ale dopiero Zapomniane Piaski udowodniły, że zmiana podejścia i przeformatowanie z 2008 roku miało jakiś sens. Choć The Forgotten Sands szereg elementów robiło lepiej od starszych odsłon, dzisiaj to właśnie trylogię z PS2 wspomina się z nostalgią, a na ocenioną tu grę wzrusza się ramionami.

    W 2021 roku ograłem ciągiem pięć tytułów z serii – trylogię Sands of Time, PoP z 2008 roku i recenzowaną tu grę. Ta ostatnia dostała ode mnie najniższą notę i po latach zdanie podtrzymuję. Można sprawdzić, ale w pierwszej kolejności warto zapoznać się ze starszymi odsłonami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *