Side Quest #7 (sierpień 2026)

Witamy w kolejnej odsłonie Side Quest, czyli comiesięcznej serii felietonów redakcji Cross-Play. W dzisiejszym wpisie porozmawiamy nieco o technicznych aspektach tłumaczeń produkcji audio-wizualnych. Jednocześnie, z uwagi na okres wakacyjny, nie może zabraknąć rozterek grania na wyjeździe… oraz tego, jak łączą się z nimi kwestie w pełni cyfrowej przyszłości branży. Zapraszamy do lektury! 


„Już było dobrze!”


SideQuest - May_DayMay_Day: Jedną z największych zagadek na świecie (porównywalną z tajemnicą sensu istnienia białej kredki) jest notoryczne „remasterowanie” tłumaczeń dialogów w filmach puszczanych w telewizji. Oznacza to mniej więcej tyle, że jeśli za rok znowu obejrzę Indianę Jonesa i ostatnią krucjatę, przekład wypadnie nieco inaczej niż w tym roku, do tego zapewne na niekorzyść.

Finał trzeciej części przygód słynnego archeologa o imieniu po psie niemal zawsze doprowadza mnie do pasji właśnie ze względu na tłumaczenie. W pamiętnej scenie rozmowy ze strażnikiem Graala słyszymy: „długo czekałem”… Hę? Powinno być „długom czekał”. Chłop ma z tysiąc lat, powinien mówić tak, jak wskazuje na to jego wiek. Zamiast „nosisz niecodzienny ubiór”, miało być: „dziwnie jesteś odzian”, k*^wa! Na gwizdek to zmieniać?! 

Pojęcia nie mam, skąd się to bierze. Po co generować dodatkowe koszty? Przecież raz przetłumaczonego filmu nie trzeba przekładać po raz kolejny (nie wspominając już o tym, że lektor musi owe tłumaczenie przeczytać). Jak to dobrze, że problem ten nie dotyczy branży gier, gdzie każdy grosz jest oglądany trzy razy, zanim przejdzie z rąk do rąk… prawda?

Niestety nie do końca. Dla przykładu: finał remake’u Mafii kończy się zupełnie innym monologiem głównego bohatera niż w wersji pierwotnej, co kompletnie zmienia wydźwięk całej opowieści – i to nie na lepsze. Zakończenie zmieniono również dość istotnie w Yakuzie Kiwami 3, a zdania na temat tej zmiany są podzielone. A na niesławną scenę z wydanego niedawno Halo: Campaign Evolved, w której zwykła porucznik otwarcie obraża Master Chiefa, największego badassa w całej galaktyce, spuśćmy zasłonę miłosierdzia… choć tutaj można by się jeszcze długo rozpisać.

Frustruje mnie to niesamowicie, bo ktoś specjalnie wykonał niepotrzebną pracę, żeby spieprzyć coś, co już było zrobione dobrze. Jaki jest sens poprawiać na siłę coś, co nie tyle się sprawdziło, ale po prostu (a może przede wszystkim) siedzi fanom w głowach od lat? Pieniądz z tego żaden, wręcz przeciwnie. Czy stoi za tym jakaś wyższa idea? Zasada, za sprawą której to wszystko ma sens? Wątpię. W takim razie po co to robić?

Side Quest - Indiana Jones
„Lubiłem tego psa.”

„Już było dobrze!” Part II – po polsku: Kac Tłumacz w Bangkoku


SideQuest - HagenHagen: Prawdę mówiąc, myślałem o zupełnie innym wpisie w niniejszym SQ, ale będzie musiał poczekać. Nie mogłem tak zwyczajnie przejść obojętnie obok wpisu kolegi May_Daya. Zorientowałem się jednak, że zostawiane przeze mnie przypiski w jego tekście zrobiły się zbyt częste i zbyt długie, a nie chcę odwodzić czytelników od jego przemyśleń. Tak się jednak składa, że z racji wyuczonego (a także i wykonywanego w wolnej chwili) zawodu jestem w stanie odpowiedzieć na stawiane przez niego pytania. Tak! Jesteśmy jednym z tych miejsc w sieci, gdzie odpowiadamy na stawiane znaki zapytania, gdy tylko możemy!

Z góry powiem: rozumiem frustracje przedmówcy i z wieloma jego zastrzeżeniami się całkowicie zgadzam. Są to bowiem bardzo sensowne zarzuty – jeśli jakaś wypowiedź prosi się o to, by zastosować stylizowany język, dobrze jest pokusić się o jego użycie. Jeśli też coś zostało przetłumaczone raz – po co generować dodatkowe koszty i nie użyć tego, co już powstało? Swoją drogą, wtręt naukowy: kilka następujących po sobie wersji tłumaczenia, obojętnie czy to filmu, czy książki itd. nazywa się „serią tłumaczeniową”, ale długo by o tym mówić, a w tym przypadku akurat nie ma to znaczenia.

Oba zastrzeżenia można jednak prosto wyjaśnić. Dlaczego nie użyto stylizowanego języka, choć kiedyś go użyto do tłumaczenia tego samego filmu? Otóż z tego samego powodu, którym Christopher Nolan objaśnił, dlaczego w scenariuszu swojej adaptacji Odysei jego postacie używają prostego, współczesnego angielskiego. Celem było dostosowanie się do współczesnej widowni tak, by skupiła się na przekazie myśli i emocjach postaci, a nie pompatycznym, archaicznym języku. Film jest w kinach od mniej niż dwóch i pół tygodnia, a zarobił już prawie miliard dolarów – ktoś jest więc w stanie wykazać błąd w toku rozumowania reżysera?

Język to zjawisko dynamiczne i zmieniające się z upływem czasu (warto jednak podkreślać, że lingwistyka i translatoryka wskazują, że proces ten dzieje się naturalnie; wtłaczanie jakiegokolwiek słownictwa/form gramatycznych na siłę zawsze spotyka się z oporem). Chcąc nie chcąc, języki ulegają uproszczeniu i stąd takie, a nie inne tłumaczenia.

No dobrze, ale w takim razie po co w ogóle się je robi, skoro już jakieś przekłady wcześniej istniały? Po co marnować pieniądze na to, żeby ktoś przygotował zupełnie nowy tekst, a kto inny przeformatował go na napisy bądź przeczytał go jeszcze jeden lektor?

Tu pies pogrzebany. Otóż takie rozwiązanie… wcale nie musi być droższe od wykorzystania wcześniejszego tekstu. Fakt, czasami może się zdarzyć, że klientowi – w tym wypadku określonemu dystrybutorowi bądź platformie streamingowej – zależy na nagraniu nowej wersji lektorskiej, bo nagrania starej się nie zachowały bądź były fatalnej jakości. Trudno mieć pretensję, że wydawca chce mieć ścieżkę dźwiękową zmiksowaną do 5.1, żeby widzowie nie narzekali.

Ale po co nowy tekst zamiast starego? Cóż. Czasami może to wynikać z zapisów umownych, które obowiązują między klientem a dawnym tłumaczem (bądź jego następcami prawnymi). Ponowne wykorzystanie raz wykonanego tłumaczenia w przypadku umów zawieranych przed czasami platform VOD bądź na nośnikach Blu-Ray mogło być opisane dość mgliście. Być może oryginalnemu tłumaczowi przysługiwałoby dodatkowe wynagrodzenie w postaci tantiem, na przykład za każde pojedyncze odtworzenie filmu czy serialu.

Paradoksalnie więc dla klienta tańsze może być zlecenie kolejnego tłumaczenia, gdzie takie kwestie będą z góry uregulowane. Warto zauważyć w tym miejscu, że bywają sytuacje, gdy studio nagrywa nową wersję lektorską i korzysta z tego samego tekstu, co kiedyś. Nie wynika to jednak z faktu, że uznali jakieś tłumaczenie za przegenialne. Zwyczajnie kwestie prawne pozwalają na ich ponowne wykorzystanie przy najmniejszych kosztach klienta.

Witamy w kapitalizmie! 🙂


Brak Internetu – brak wszystkiego


SideQuest - Gomlin

Gomlin:  Muszę się Wam do czegoś przyznać. Na wakacyjny wyjazd zabrałem ze sobą OLED-ową wersję Nintendo Switcha. Wieczorem, dzień przed wyjazdem, miałem powyjmować gry z pudełek i wygodnie zapakować je do futerału konsolki. Niestety, w ferworze bagażowego bałaganu  zapomniałem to zrobić. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero w połowie drogi i było już za późno, żeby po nie wracać. Pomyślałem jednak, że przecież mam wykupiony pakiet 200 GB Internetu, więc od biedy ściągnę kilka mniejszych gierek, a może i jedną większą.

Gdy dojechałem na miejsce, czekało mnie niemałe zaskoczenie. W okolicy wywaliło najbliższe nadajniki i nawet tak prozaiczne czynności, jak sprawdzenie poczty, Discorda czy Messengera, sprawiały nie lada kłopot. Zostałem zatem, można rzec, całkowicie odcięty od Internetu. Jakie były tego skutki? Chyba nie muszę wspominać, że o ściągnięciu jakiejkolwiek gierki mogłem zapomnieć. Co więcej, niektóre tytuły, które współdzielę domowo z NS2, działają na zasadzie „cyfrowej wymiany gry” z konsolki na konsolkę, wskutek czego niektórych z nich gier nie byłem w stanie odpalić. Inne, dawno nieruszane, nagle wymagały pobrania patcha, bez którego nie mogły się niestety uruchomić. Koniec końców zostałem z dwiema wersjami PokémonówFireRed i LeafGreen, a także paroma drobnostkami, które jakimś cudem odpaliły się w trybie offline.

SideQuest - Wakacje bez internetu
Dobrze, że te poki nie były w NSO.

Sytuacja ta dobitnie pokazała mi, co niesie ze sobą cyfrowa przyszłość gier. Często słyszałem, że przecież „neta mam wszędzie”. Jak widać nie. Mam też świadomość, że do podobnych sytuacji może dochodzić również w miejscu zamieszkania, bo przecież zawsze coś może przestać działać.

Mało przychylnym okiem spoglądam tutaj również na wydania Game-Key Card. W swojej kolekcji mam tylko jedną taką grę – Pokopię, którą i tak dostałem w prezencie, bo osobiście co do zasady żadnych „pudełkowych kluczy” nie kupuję. Teraz załóżmy, że wrzuciłbym do plecaka zafoliowaną nówkę sztukę i chciał odpalić ją dopiero na wyjeździe. Jednym słowem – zonk.

Pomijam już wszelakie kwestie znikania zakupionych gier z cyfrowych sklepów za sprawą wygasłych licencji i tym podobnych. Wystarczy bowiem, że zabraknie nam Internetu i wszystko szlag trafi. Brak możliwości ściągnięcia zakupionej gierki, grania w multi, pobrania niezbędnych aktualizacji, patchy i tak dalej… nie wygląda to zbyt dobrze. Naprawdę, póki jeszcze możemy, głosujmy portfelami i wybierajmy gry na nośnikach fizycznych, zanim znikną całkowicie, bo czekać nas może, jako graczy, przyszłość pełna frustracji.


Side Quest - Postaw kawę