Astro Bot

Astro Bot

Jak opisać Astro Bota? Pomyślmy. Pamiętacie ten czas, gdy mieliście jakieś pięć-sześć lat i razem z innymi dzieciakami ze wsi (bądź z osiedla) ganialiście po ulicy albo lesie, bawiąc się na przemian w rycerzy, wojnę, czarodziejów i wikingów? Gdy w lany poniedziałek biegało się po okolicy z wiadrami albo urządzano bitwy między osiedlami, a innych polewało się nawet szlauchem wyciągniętym z ogrodu? Sąsiedzi cieszyli się, że dzieci mają co robić – gorzej, gdy szli na mszę do kościoła, zmuszeni przebijać się przez bajoro, które powstało na żwirowej drodze. Albo gdy budowało się w lesie bądź w okolicznych krzakach coś na kształt szałasu, który stawał się lokalną bazą?


…ja też nie. No dobra, może nie do końca – przynajmniej ja co nieco pamiętam, choć mimo to, z uwagi na upływ czasu, wspomnienia te ukryte są za mgłą niepamięci. Stały się jednak nieco wyraźniejsze, ponieważ to właśnie Astro Bot złapał kilka z nich za fraki i wyciągnął na wierzch mojej świadomości. Tak naprawdę już w tym momencie mógłbym zakończyć tę recenzję stwierdzeniem, że dzieło Team Asobi pozwala każdemu poczuć się jeszcze raz jak dziecko, gdy w życiu trosk było znacznie mniej. Może i jest to prosta gra, ale według mnie mamy do czynienia z czymś więcej. Nie dziwi mnie absolutnie wygrana tego tytułu i uhonorowanie go jako Gry Roku na ubiegłorocznej ceremonii TGA. To jest szczere złoto. Koniec, kropka, nie zapraszam do dyskusji.

Astro Bot
Ktoś tu chyba opacznie zrozumiał, co oznacza wychowanie pod kloszem.

Krąg Obfitości to my


Astro Bot stanowi naturalne rozwinięcie Rescue Mission (przeznaczonej dla PSVR) oraz darmowej Astro’s Playroom, dołączanej do każdej PS5 jako swego rodzaju prezentacja funkcjonalności kontrolera DualSense. Już wtedy nie była to zwykła demówka, a teraz Astro Bot jest pełnoprawną grą – znacznie większą, bardziej rozbudowaną i, co odnotowałem z dużą przyjemnością, usprawniającą bądź usuwającą nietrafione elementy poprzedniczek. Nie polatamy więc już na lotni (która była średnio intuicyjna w Playroom).

Tytuł nadal jest prostą platformówką, a nasz tytułowy bohater dysponuje podwójnym skokiem, prostymi ciosami lub „wirem”, który zadaje więcej obrażeń bądź uruchamia niektóre przełączniki. Jeśli nie mieliście z tą serią styczności, niech ten opis was nie zwiedzie: postać dysponuje całą masą dodatkowych supermocy, uzyskiwanych na poszczególnych poziomach, które modyfikują bądź całkowicie zmieniają charakter rozgrywki.

Rzecz w tym, że… nie bardzo jestem w stanie wam je opisać. Nie dlatego, że jest to trudne – nic w tym właściwie ciężkiego. Chodzi o to, że spora część frajdy z grania w Astro Bota bierze się z samodzielnego odkrywania niespodzianek w grze. Raz, że twórcy naprawdę potrafią zaskoczyć swoją pomysłowością i kreatywnym podejściem do tematu, dwa – wspomniane modyfikacje łączą się z tym, jak pokonywane mogą być kolejne poziomy.

Dla zobrazowania (ale naprawdę niewielkiego, by nie psuć wam potencjalnej przyszłej rozgrywki): na niektórych poziomach zyskujemy możliwość, by nasz bohater zamienił się w „gąbkę”. Wówczas ma możliwość nasiąknięcia wodą z okolicznych zbiorników, co sprawia, że sam pęcznieje do ogromnych rozmiarów (żaden wróg wówczas niestraszny). Wodę może jednak przetransportować do innego miejsca, np. do stert innych gąbek, które – polane cieczą – utworzą platformy bądź wieżyczki, po których Astro Bot będzie mógł się wspiąć i dostać do innej części poziomu.

W skrócie: rozgrywka wywoła u każdego ogromny uśmiech na twarzy.

Astro Bot
Astrobotowe prace.

Play Nas No Limits


Takich pomysłowych elementów w grze jest wręcz na pęczki, a każdy z nich wykorzystuje w pełni możliwości kontrolera DualSense. Odpowiednie ruchy, dmuchanie w mikrofon, adaptacyjne triggery, rysowanie palcem po touchpadzie – wszystkie te elementy nie tylko przeniesiono z poprzednich odsłon, ale też rozwinięto. Pokazuje to swoją drogą, jak wiele pracy weszło w stworzenie tego kontrolera… i jak, na dobrą sprawę, jego potencjał nie jest wykorzystywany przez inne produkcje na konsolę PS5.

Graficznie jest dość przyzwoicie, nawet jeśli nie widać specjalnych różnic między tą odsłoną a poprzedniczkami. Nie o to tutaj jednak chodzi – otrzymujemy pozycję o prostym stylu graficznym, lecz spełniającym swoją funkcję. Jest kolorowo, efektownie, są pościgi i wybuchy (choć wątpię, by ktoś miał dostać od grania w Astro Bota ataku epilepsji, to zaznaczam jednak, że im bliżej finału, tym większe natężenie feerii barw i pstrokatych efektów specjalnych). Prostota grafiki oznacza oczywiście, że gramy przez cały czas w stabilnych sześćdziesięciu klatkach na sekundę, a spadków – mimo masy wydarzeń na ekranie – nie odnotowałem w żadnym momencie.

Muszę oczywiście nadmienić, że – pomimo prostej grafiki – zarówno nasz główny bohater Astro Bot, jak i inne boty spotykane po drodze, w naprawdę niewymuszony sposób podbijają i topią serca grających. Choć za twarz robią proste ekrany wyświetlające jedynie oczy, potrafią one wyrazić całą gamę emocji, a sposób animacji małych stworków jest niesamowicie ekspresyjny. Obserwowanie pociesznych bocików w różnych sytuacjach – czy to relaksujących się na leżaku, panikujących na drzewie, pod którym zgromadzili się wrogowie, bądź pomagających graczowi przy pokonywaniu kolejnych przeszkód ma swój urok.

W skrócie: sposób prezentacji rozgrywki wywoła u każdego ogromny uśmiech na twarzy.

Tom: Astro Bot przypomniał mi najlepsze lata młodości, kiedy to odkrywałem takie gry, jak Crash Bandicoot czy Ratchet & Clank. Bez wątpienia jest to platformówka, która przywraca wiarę w ten nieco zapomniany gatunek. Uśmiech nie schodził mi z twarzy od pierwszego lądowania na obcej planecie aż do samego końca, gdy musiałem uratować ostatniego bota, aby ukończyć grę na sto procent. Radość nie do opisania w dzisiejszych czasach, kiedy to człowiek zarówno ze względu na wiek (hłe, hłe), jak i stagnację w branży, nie zawsze bawi się tak jak za dawnych lat. Tutaj po prostu wszystko zagrało. Od kosmicznego hubu z tematycznymi planetami do wyboru, po tętniące życiem krainy zrobione z rozmachem, aż po świetnie przemyślane „transformacje” głównego bohatera. To, ile pomysłów upchnęli twórcy w Astro Bot, przechodzi ludzkie pojęcie, jednak aby nie psuć nikomu frajdy płynącej z odkrywania kolejnych poziomów i pomysłów, opiszę tylko poniższy obrazek. Widzicie na nim fragment lokacji o nazwie Slo-Mo Casino. Niby nic, jest kolorowo, niektórzy powiedzą, że przypomina koncepcyjnie to, co można zobaczyć na przykład w Psychonauts. Jednak gwarantuję, że statyczny obrazek nawet w dziesięciu procentach nie ukazuje tego, jak to wszystko wygląda w ruchu. Kolorowe neony migoczą, antropomorficzne maszyny jednorękiego bandyty przewracają oczami, flamingi drepczą sobie po zielonej macie do ruletki, a gdzieś w oddali wszystko się kręci i przykuwa uwagę. Ilość detali i smaczków, a także fizyka przedmiotów (na przykład dmuchany materac realistycznie się zniekształca, gdy na niego wskoczymy) jest nie do ogarnięcia dla gałek ocznych. I w tym bajecznie zrealizowanym kasynie otrzymujemy umiejętność spowalniania czasu na kilkanaście sekund. Tak jakby twórcy stwierdzili, że wizualnie to się nie broni, więc trzeba wrzucić COŚ EKSTRA. Taki jest właśnie Astro Bot, platformówkowa perfekcja w nostalgicznym sosie, napędzana mocą obliczeniową PS5. W Sony zebrali najlepszych artystów i powiedzieli im: „bawcie się, niech poniesie was wyobraźnia!”. I poniosła. To najlepsze, co ukazało się na tej konsoli do tej pory. Tytuł ekskluzywny bez wad. Ode mnie 7 na 6 gwiazdek.
Astro Bot
Wirtualne kasyno – robisz to dobrze!

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce…


Team Asobi oddaje w ręce gracza pełnoprawny produkt – otrzymujemy faktyczną kampanię fabularną oraz (wszech)świat, w którym zadania możemy wykonywać w dowolnej kolejności.

Historia w Astro Bot nie stara się, całe szczęście, sięgać nie wiadomo jakich fabularnych głębin, zresztą nie o to w tej grze chodzi. Startujemy z dość prostego, nieco uroczego założenia, które nadaje sens kosmicznej przygodzie w stopniu bardziej niż wystarczającym. Astro, wraz z załogą ponad trzystu innych bocików, przemierza wszechświat na pokładzie statku przypominającego konsolę PS5. Nagle pojawia się dziwaczny, zielony kosmita, który atakuje ich, rozbija statek i rozprasza towarzyszy po okolicznych galaktykach. Nasz mały bohater budzi się po kraksie, nie mając na podorędziu niczego oprócz kontrolera DualSense, za pomocą którego może udawać się do kolejnych światów. Wyrusza więc na ratunek przyjaciołom oraz na poszukiwanie części, które pozwolą naprawić statek i ruszyć w dalszą podróż.

Każda galaktyka to zupełnie nowy, inny tematycznie świat, pełen sekretów, pomysłowych poziomów i drobnych niespodzianek, które sprawiają, że naprawdę trudno oderwać się od ekranu. Poziomy są dość rozbudowane, choć i tak na ukończenie każdego wystarczy kilka minut – żaden z nich nie jest w stanie znużyć, a po ich ukończeniu naprawdę ciężko powstrzymać się od uruchomienia kolejnego. Na końcu każdej z galaktyk czeka boss – strażnik jednego z brakujących elementów statku – a starcia z nimi to prawdziwy pokaz kreatywności Team Asobi. Pokonanie każdego z tych przeciwników daje nie tylko ogromną satysfakcję, lecz także odblokowuje wyjątkowy bonusowy poziom.

Astro Bot
(no i w wersji z Astro Bota nie powstawał kilku lat)

To prawdziwe wisienki na całej serii tortów w tej i tak już niemal perfekcyjnej platformówce. Astro Bot zachwyca każdą nową galaktyką, a radość z ich odkrywania to jego największa siła. Przed finałem ma miejsce lot przez galaktykę, który – pomimo niewyszukanej historii – potrafi naprawdę wywołać ciarki swoim sposobem prezentacji, opierającej się w głównej mierze na całej historii marki PlayStation. Klasa sama w sobie.

Przy okazji: gra nie nastręczy trudności nawet i najmłodszym graczom, ponieważ ukończenie podstawowej historii nie wymaga wybitnych umiejętności ogrywania platformówek. Bossowie są odrobinę trudniejsi od zwykłych wyzwań, ale twórcy dorzucają wtedy graczowi dodatkowe „życia”, co z pewnością zminimalizuje jakąkolwiek frustrację u najmłodszych. Jeśli jednak ktoś myśli, że szkoda czasu na grę dla dzieci – nic bardziej mylnego.

Gra proponuje takim osobom serię wyzwań, które przetestują opanowanie dostępnych w grze umiejętności, a także szybkość i sprawność waszych palców. Uwierzcie: wyzwania te, choć w pełni sprawiedliwe w swoim poziomie trudności, nie wybaczają niemalże żadnych błędów. Są one opcjonalne, ale sprawdzą zdolności każdego, nawet najbardziej doświadczonego gracza. Z początku, muszę przyznać, uważałem, że twórcy zwyczajnie przegięli w kilku miejscach, jednak ostatecznie doszedłem do przekonania, że trudno jest mi się zżymać na dość mocno wyśrubowany poziom trudności tych etapów. Wszystkie śmierci brały się po prostu z moich błędów i niedostatecznie szybkiego reagowania na przeszkody. Satysfakcja z ukończenia wszystkich wyzwań jest jednak ogromna i polecam każdemu graczowi, by się w nich sprawdził.

W skrócie: prosta, ale sympatyczna historia oraz dostępne tryby gry wywołają u każdego ogromny uśmiech na twarzy.

Astro Bot
Gdy zupełnie inna gra robi lepsze Uncharted od U4, to wiedz, że coś się dzieje.

Młodym być, więcej nic


Co więcej mogę powiedzieć? Astro Bot to dzieło spełnione. Nie powiem, że nie występują w nim jakieś drobne potknięcia (na przykład artefakty graficzne, gdy jeden obiekt przenika przez inny), ale są one nieliczne i całkowicie nieistotne wobec tego, jak świetny jest to tytuł. Gra broniłaby się jako samodzielny platformer bez nawiązań do konsol Sony oraz historii gier, które wychodziły na te maszynki. Jakkolwiek chciałbym się czepiać, nie potrafię znaleźć minusów tego tytułu. Można co prawda stawiać jakieś filozoficzne pytania na temat tego, czy Astro Bot stanowi pochwałę trzydziestu lat PlayStation na rynku, czy też cmentarz przypominający o wielu porzuconych markach… ale kogo to obchodzi w kontekście tej gry? Jej cel jest prosty: weź ją i baw się dobrze. Zadanie to spełnia nie z jedną, ale dziesiątkami nawiązek. Bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia daję jej sześć gwiazdek i mówię wam wszystkim: kupować i grać!

Astro Bot - ocena


Cross Play - postaw kawę