Hyrule Warriors: Age of Imprisonment
Hyrule Warriors: Age of Imprisonment to najnowsza odsłona nietypowej, lecz – nie ma co ukrywać, mogę to powiedzieć już teraz – dość udanej wariacji na temat legendarnych przygód w krainie Hyrule. Intensywna akcja znana z gier musou, połączona z uniwersum The Legend of Zelda, obiecuje świeże spojrzenie na znany świat. Wszystko fajnie, choć nie jestem pewien, czy przypadnie do gustu każdemu, kto po nią sięgnie. Paradoks? Postaram się wyjaśnić tę kwestię w niniejszej recenzji. Zapraszam!
Prace studia Koei Tecmo nad grą osadzoną w świecie Zeldy miały miejsce w 2013 roku. Ujawniono wówczas plany dotyczące pierwszej odsłony Hyrule Warriors na konsolę Nintendo Wii U. Tytuł, którego premiera nastąpiła niecały rok później, zestawił ze sobą ikoniczny świat i bohaterów uniwersum Nintendo z dynamiczną rozgrywką oraz systemem walki charakterystycznym dla serii Dynasty Warriors. Ta nieoczekiwana fuzja otworzyła przed graczami zupełnie nowe opowieści osadzone w realiach Hyrule. Na kontynuację przyszło nam czekać aż do 2020 roku. To wtedy wydano na Nintendo Switch grę Hyrule Warriors: Age of Calamity. Kolejna odsłona serii ukazała się odrobinę szybciej. Po pięciu latach na rynku zadebiutowała najnowsza część o podtytule Age of Imprisonment. Mówi się, że do trzech razy sztuka. Pytanie brzmi, czy kolejne połączenie musou z Hyrule spełniło oczekiwania fanów?
Musou – co to takiego?
Nie chcę z góry zakładać, że przeważająca większość graczy orientuje się, na czym polega fenomen gier z gatunku musou, choć mogę się oczywiście mylić. Wszystkim tym, którzy widzą ten termin po raz pierwszy w życiu, przybliżę nieco jego esencję. Nie, nie chodzi o mus czekoladowy.
Przepis na idealne musou to kompozycja nieustającej walki rodem z gatunku hack & slash, dynamiki typowej dla gier akcji, widowiskowych ataków charakterystycznych dla slashera oraz odrobiny mechanik rozwoju zaczerpniętych z RPG-ów. Najważniejsze to połączyć te składniki z głową, by nie straciły swego aromatu. Wówczas ich efektem będzie produkcja, w której nasz bohater stanie w szranki z niezliczonymi rzeszami przeciwników, często liczonymi w tysiącach. Jednakże prawdziwym sprawdzianem umiejętności będą sporych rozmiarów elitarne jednostki i finałowi bossowie. System walki opiera się przeważnie na dwóch podstawowych przyciskach akcji, za pomocą których kreujemy imponujące sekwencje ciosów w trakcie efektownych starć. Do tego dochodzi bardzo skromny rozwój postaci, udoskonalanie broni oraz przyswajanie nowych zdolności.

Pewien kolega zapytał mnie kiedyś, po czym rozpoznać grę musou. Odpowiedziałem żartobliwie, że tytuł gry musi zawierać słowo: „Warriors”. Może jest to retoryczna przesada, jednak nie sposób zaprzeczyć, że znaczna część przedstawicieli gatunku hołduje tej konwencji. W końcu najbardziej utartymi przykładami są serie: Dynasty Warriors, Warriors Orochi czy Samurai Warriors, a jak dowodzi recenzowany tytuł, uniwersum The Legend of Zelda również chętnie adaptuje ten schemat.
Fabularne zawirowania serii Hyrule Warriors
Warto podkreślić, że żadna z trzech dotychczasowych odsłon serii Hyrule Warriors nie współtworzyła jednej, spójnej narracji. Każda z nich stanowi samodzielną, odrębną opowieść, co pozwala na swobodne zagłębienie się w najnowszą część bez konieczności zapoznawania się z poprzednimi. Pierwszy spin-off nie przywiązywał większej wagi do kwestii fabularnych, stawiając raczej na mieszankę „greatest hits” z całego uniwersum Zeldy. Z kolei Age of Calamity ściśle splata swoją historię z Breath of the Wild, rozwijając wątki jedynie zasygnalizowane w oryginale. Akcja gry rozgrywa się sto lat przed wydarzeniami z BotW, lecz wybiega poza ramy klasycznego prequela za sprawą występujących w niej podróży w czasie, które otwierają drzwi do alternatywnych wymiarów.
Sprawa wygląda zupełnie inaczej w Age of Imprisonment. Tym razem mamy do czynienia z pełnoprawnym prequelem, którego kanoniczność oficjalnie potwierdziło samo Nintendo. Twórcy odkrywają przed nami zapomniane karty historii starożytnego Hyrule, koncentrując się na wydarzeniach kluczowych dla Tears of the Kingdom. Co ciekawe, mimo statusu spin-offu, mamy tu do czynienia z rzadkim zjawiskiem w serii The Legend of Zelda, w którym księżniczka Zelda nie tylko dominuje w narracji, ale też pełni rolę głównej bohaterki (poprzednio taki zabieg zastosowano w The Legend of Zelda: Echoes of Wisdom). W teorii fabuła rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, co wspomniane TotK. W praktyce jednak księżniczka zostaje przeniesiona w czasie, do okresu powstania Hyrule. To tutaj, u zarania królestwa, wraz z nią odkrywamy losy jej przodków: króla Rauru i królowej Sonii, a także staniemy z nimi ramię w ramię w epickiej konfrontacji z Ganondorfem – demonicznym uosobieniem zła. Z takiego punktu startuje gra, a więcej nie ma sensu zdradzać. Każdy fan cyklu z pewnością zechce samodzielnie zgłębić najdrobniejsze niuanse historii, więc nie widzę powodu do ujawniania jakichkolwiek innych niespodzianek.

W przeciwieństwie do poprzedniej odsłony, gdzie fabuła była raczej przystawką dla głównego dania, jakim jest walka, w Age of Imprisonment twórcy postanowili pójść o krok dalej. Szybka akcja, wplecione z wyczuciem elementy humorystyczne oraz niespodziewane zwroty fabularne sprawiają, że historia naprawdę potrafi wciągnąć. Dla fanów uniwersum będzie to prawdziwa gratka, gdyż gra wyjaśnia wiele wątków, które do tej pory były jedynie sygnalizowane, wzbogaca lore TotK i doskonale „wtapia się” w główną serię.
Pozostaje zadać pytanie, czy osoby nieznające uniwersum coś tracą? Znajomość wcześniejszych gier wzbogaca doznania płynące z odkrywania różnych smaczków, ale zapewniam, że nie jest ona niezbędna, by w pełni zaangażować się w historię Zeldy. Być może w oczach najbardziej zaangażowanych fanów popełnię teraz recenzenckie harakiri, ale pokuszę się o stwierdzenie, że Age of Imprisonment może pełnić rolę świetnego wprowadzenia zarówno do BotW, jak i TotK.
Oni musou ze sobą walczyć, czyli Warriorsy na bogato
Walka w najnowszej odsłonie Hyrule Warriors to musou w najczystszej postaci. Podczas zadań do naszej dyspozycji mamy jedną z maksymalnie czterech postaci, między którymi możemy dowolnie przełączać się w trakcie walki, co wprowadza sporo urozmaicenia. Podczas każdej misji – a jest ich naprawdę dużo, zwłaszcza jeśli zdecydujemy się na odhaczanie zadań pobocznych – czekają na nas określone cele do wykonania. Na każdej mapie przyjdzie nam się zmierzyć z setkami, a nawet tysiącami przeciwników. W praktyce pełnią oni rolę żywych piniat, które rozbijamy na konfetti. Muszę przyznać, że masowe rąbanie takich ilości wrogów, którzy po chwili padają jak muchy, dostarcza ogromnej dawki zabawy. Największą frajdę dają natomiast elitarne jednostki. Nie trzeba jednak sokolego oka, by dostrzec, że spora część tych przeciwników się powtarza. Dość często są oni powiększonymi wersjami standardowych mobków ze świata Hyrule. Każdy z nich zaskakuje jednak różnymi zdolnościami specjalnymi – zamrażaniem, pluciem ogniem i tak dalej.

System walki nie odbiega od tego, co znamy z serii Warriors. Mamy do dyspozycji unik oraz dwa przyciski akcji, które w połączeniu z kierunkami góra/dół pozwalają na wykonywanie efektownych kombinacji ciosów. Każda postać ma także unikalne ataki specjalne, które odblokowujemy wraz z postępami w grze. Możemy je aktywować po przypisaniu do odpowiednich slotów. To zautomatyzowane, ale bardzo widowiskowe sekwencje. Aby móc z nich ponownie skorzystać, trzeba poczekać na ich odnowienie.
Warto wspomnieć, że w ferworze walki pomagają oczywiście towarzyszące nam postacie. Podczas bitew gra sugeruje czasem zmianę bohatera, by osiągnąć lepsze efekty w potyczce, a innym razem umożliwia wspólny atak, podczas którego dwie postacie łączą siły, używając naprawdę spektakularnych technik. Niestety sporym minusem jest kwestia wspomnianych przed chwilą towarzyszy. Każdy posiada inne bronie (przynajmniej pod kątem wizualnym) i inne ataki, lecz w praktyce większość z nich wykonana jest na jedno kopyto i dają w ogólnym rozrachunku te same rezultaty. Nieliczne postaci faktycznie mają wyróżniające się i zarazem przydatne techniki (na przykład otwieranie zabarykadowanych bram), ale jest ich zdecydowanie za mało.
Seria Hyrule Warriors wnosi jednak własne innowacje, czerpiąc w pełni z zasobów TotK. Do naszej dyspozycji oddano urządzenia Zonai znane z tej głównej odsłony. To one wprowadzają unikatowe bronie, takie jak miotacze ognia, lodu czy wiatru, a ich połączenie daje fenomenalne możliwości niszczenia setek przeciwników. Dla przykładu, możemy wywołać podmuch wiatru jednym urządzeniem, a drugim skierować na niego strumień ognia, tworząc ogniste tornado. Aby z nich korzystać, należy zbierać baterie Zonai rozrzucone po polu bitwy. Nie występują w przesadnym nadmiarze, ale ich „moc” wystarcza na określony czas, aż do rozładowania. To praktyczne rozwiązanie, które zachowuje balans rozgrywki.

Do tego dochodzi dość skromny (niestety) rozwój naszych bohaterów, pozyskiwanie nowych broni i ich ulepszanie. Mechanizm opiera się na zdobywaniu doświadczenia w walce w celu podnoszenia leveli naszych postaci oraz odblokowywania nowych umiejętności. Ulepszanie broni następuje zaś poprzez aktywowanie specjalnych przedmiotów, tak zwanych Zonaite Steel (specjalne rodzaje stali). Każda z broni wymaga innego rodzaju zonaite steel do levelovania. Nowe umiejętności zdobywamy poprzez zbieranie odpowiednich surowców, a następnie, na mapie świata, wykonanie za ich pomocą zadań pobocznych. To właśnie one pozwalają na odblokowanie kolejnych ataków, powiększanie liczby serduszek i tym podobne.
Z ciekawszych zmian, muszę wspomnieć o swoistym urozmaiceniu. Jak wiadomo, TotK pozwalało nam na zabawę w przestworzach, zatem dlaczego tu miałoby być inaczej? Co jakiś czas pojawiają się poziomy, w których rozgrywka przeobraża się w inny gatunek – rail shooter, budzący skojarzenia z kultowym Panzer Dragoon Orta. To bardzo miła i przyjemna odskocznia od klasycznego koszenia setek wrogów.
Niestety, gry musou mają jedną zasadniczą wadę, która dla przeciętnego gracza będzie bardzo bolesna – monotonię. Zapewne zdążyliście już zauważyć, że tutejszy gameplay opiera się przede wszystkim na dwóch rzeczach: nieustannym wybijaniu tysięcy mobków i realizowaniu założonych celów, takich jak likwidacja bossów lub przejście danego poziomu w wyznaczonym czasie. Po większej liczbie godzin spędzonej z tytułem, prędzej czy później, wielu graczy zacznie odczuwać powtarzalność. No, ale takie już jest musou. Tym bardziej wprowadzone w grze urozmaicenia są na wagę złota. Jedyne, co mogę poradzić osobom, które nie miały z musou styczności, to przede wszystkim odpowiednie dawkowanie sobie tego tytułu. Myślę, że krótsze sesje rozgrywki będą znacznie przyjemniejsze od wielogodzinnych maratonów.

Wizualia (prawie) na poziomie Tears of the Kingdom
Na pierwszy rzut oka, podobnie jak Age of Calamity, najnowsza odsłona wygląda kropka w kropkę jak BotW i TotK. No, prawie… a jak wszyscy dobrze wiemy, „prawie” robi sporą różnicę. Po pierwszym zetknięciu z tytułem można odnieść wrażenie, że to gra stworzona na tym samym silniku graficznym, z identyczną oprawą wizualną, dbałością o detale i otwartością świata. W rzeczywistości zgadza się tylko styl graficzny, co oczywiście zaliczam jako spory plus produkcji. Cała reszta wynika z ograniczeń, a raczej założeń gier z gatunku musou. Mamy zatem do czynienia ze względnie małymi, zamkniętymi mapami. Nie ma mowy o jakiejkolwiek rozbudowanej eksploracji, abyśmy mogli sobie wesoło pohasać, gdzie nas oczy poniosą. Nie ma też możliwości wspinaczki na jakiekolwiek wzniesienia i tym podobne. Niby szkoda, że nie pokuszono się o implementację takich elementów, jednak byłyby to elementy rozgrywki drastycznie odbiegające od podstaw tego gatunku.
To, co natomiast bardzo cieszy, a co było również ogromnym plusem poprzedniej odsłony, to oprawa audio i PEŁEN (nie bójmy się użyć tego słowa w takiej formie) voice acting. Zarówno w przerywnikach filmowych, jak i podczas normalnej rozgrywki znakomita większość dialogów została w pełni udźwiękowiona. Biorąc pod uwagę fakt, że Age of Imprisonment kładzie naprawdę spory nacisk na narrację, pod tym względem Koei Tecmo wypada dużo lepiej niż samo Nintendo (tak, patrzę na was, Pokémony). Niestety, pomijając pracę aktorów głosowych, oprawa dźwiękowa budzi we mnie trochę mieszane uczucia. Zasadniczo nie jest źle, ale żaden z utworów nie wyróżnia się niczym szczególnym. Co więcej, w ogóle nie czuć tu epickości walk, jakie toczymy na polu bitwy. Szkoda.
Warto również odnotować fakt, że – zarówno na tle poprzedniej odsłony, jak i innych gier spod szyldu Warriors – Age of Imprisonment chodzi naprawdę płynnie. Grę odpalałem zarówno przed wypuszczeniem łatki premierowej, jak i po nim. Początkowo tytuł miał lekkie ścinki przy sporej liczbie wrogów oraz jednoczesnym wykonywaniu ataków obszarowych, lecz problemy te w zdecydowanej większości naprawia premierowy patch. Gra stara się nieustannie trzymać betonowych sześćdziesięciu klatek, nawet podczas najbardziej wymagających starć. Chociaż w porównaniu z poprzedniczką można stwierdzić, że graficznie gra była tworzona z myślą o poprzedniej generacji konsol Nintendo, uważam jednak, że wypuszczenie jej jako tytuł ekskluzywny dla Switcha 2 było bardzo dobrą decyzją. Dzięki temu udało się uniknąć problemów ze stabilnością, które trapiły Age of Calamity, czyli między innymi spadków do dwudziestu klatek na sekundę.

Świetny spin-off „na raz”
Gry musou to twardy orzech do zgryzienia. Nie bez powodu jest to gatunek niszowy, choć mający wiernych i oddanych fanów. Udany związek Koei Tecmo z Nintendo sprawia jednak, że ów gatunek ma spore szanse na znalezienie dla siebie ciepłego miejsca w bibliotece przeciętnego gracza. To świetny przedstawiciel musou, a jednocześnie bardzo dobra i wciągająca gra dla kogoś, kto z tym gatunkiem nie miał wcześniej do czynienia. Spora w tym zasługa bogatego uniwersum The Legend of Zelda oraz faktu, że siekanie tysiąca przeciwników jak kapusty na bigos, w połączeniu z widowiskowymi walkami i efektownymi atakami specjalnymi, daje ogrom frajdy. Do tego możliwości, jakie niosą ze sobą urządzenia Zonai i masa urozmaiceń (przede wszystkim poziomy w przestworzach) sprawiają, że nie sposób odmówić tej grze uroku. Nie można też zapomnieć o wciągającej fabule, obok której nie przejdzie obojętnie żaden fan Zeldy. Mam jednak świadomość, że pewna część graczy, mimo wielu zalet gry, po prostu się od niej odbije. Dlaczego? Bo to mimo wszystko w dalszym ciągu musou w niemal najczystszej postaci. Możesz je pokochać, zaakceptować albo znienawidzić.
Chciałbym wystawić tej grze wyższą ocenę. Niestety, patrząc jak najuczciwiej, gra ma swoje wady. Niemrawa i nijaka muzyka, która nie potrafi odpowiednio zobrazować tego, co dzieje się na polu bitwy, bardzo ubogi rozwój postaci i broni, z kolei większość bohaterów i ich ataków wyróżnia tylko inny oręż i wizualia, a nie skuteczność zadawanych ciosów. Na domiar wszystkiego, Age of Imprisonment wpada w, typową dla musou, bolesną pułapkę monotonii, charakterystyczną dla gier „na raz”. To sprawia, że po zaliczeniu głównego wątku fabularnego oraz sporej liczby zadań pobocznych, co w moim przypadku trwało 24 godziny, mimo świetnie spędzonego czasu z tytułem, robię sobie od niego zasłużoną, długą przerwę. Szczerze mówiąc, nie wiem, kiedy ponownie wrócę do gry – może za rok, dwa – i, kto wie, ponownie wsiąknę w ten gatunek przy okazji kolejnej części. Ta, w co nawet nie wątpię, na pewno kiedyś się ukaże. Na chwilę obecną Age of Imprisonment zaspokoił moją żądzę szaleńczego wybijania tysięcy wrogów. Niemniej jednak jest to tytuł, w który zdecydowanie warto zagrać. Gra zasługuje na bardzo dobrą ocenę – i to z dużym plusem, a być może nawet dwoma, jeśli jesteście fanami The Legend of Zelda!















