Tales of Xillia Remastered

Nie wiedziałem, czego się po Tales of Xillia Remastered spodziewać, toteż podchodziłem do tytułu trochę jak pies do jeża. Jednakże wystarczyły dwie, trzy godziny, bym zadurzył się w nim po uszy, najpierw za sprawą muzyki, potem klimatu, a wreszcie historii, za którą scenarzyści Namco Tales Studio powinni otrzymać medal. Dlaczego warto zagrać w te „chińskie bajki”? Zapraszam do recenzji!


Iść, ciągle być w tej podróży


Fabułę możemy poznać z perspektywy dwójki głównych bohaterów. Jude jest obiecującym i pracowitym studentem medycyny, z kolei Milla jest wcieleniem boga imieniem Maxwell, który postanowił zstąpić na ziemię ze świata duchów. W wyniku odkrycia przez nich broni o sile rażenia atomówki, Jude staje się poszukiwanym zbiegiem, z kolei Millę opuszczają sojusznicze duchy. Oboje muszą nauczyć się jakoś żyć – on jako przestępca, ona jako zwykły człowiek.

Na początku przygody wybieramy grywalną postać. Decyzja ta nie ma co prawda wpływu na zakończenie, ale nie zawsze nasi herosi będą działać w drużynie, więc całość historii możemy poznać dopiero po dwukrotnym dotarciu do napisów końcowych. Ja wybrałem Jude’a, ale Astarell twierdzi*, że perspektywa Milli cechuje się lepszą fabułą. Nieważne jednak, kogo wybierzesz – Tales of Xillia to pierwszorzędna (o)powieść drogi, w której zwiedzimy liczne krainy, weźmiemy udział w setkach rozmów i obalimy kilku władców tych ziem.

Tales of Xillia Remastered

Spora w tym zasługa naszych towarzyszy. Alvin to najemnik o gołębim sercu, który zdradzi nas tyle razy, że stanie się to zabawne… do czasu. Mała Elise jest potężnym medium**, a jej gadający pupil Teepo niezawodnie rozluźnia atmosferę, gdy robi się gęsta. Rowen to poczciwy lokaj, który doskonale włada szpadą. Z kolei Leia to przyjaciółka Jude’a z dzieciństwa i najlepiej z tego czasu wspomina ich wspólne bijatyki.

Miażdżącą większość czasu spędzimy w czyimś towarzystwie, dzięki czemu co chwila ktoś tu o czymś gada, i dobrze! Dialogi może nieczęsto są błyskotliwe, ale stoją na wysokim poziomie, który nie spada ani na moment – nie przypominam sobie absolutnie ŻADNEJ fałszywej nuty w rozmowach z naszymi kompanionami. Scenarzyści nie przepuścili ani jednej okazji, by postacie mogły okazać charakter. Dzięki temu cieszyłem się na każdą chwilę spędzoną z nimi. Oczywiście twórcy są tego świadomi, dlatego każda scena, w której naszych przyjaciół spotyka krzywda, jest jak cios w pysk. A zwrot akcji w drugiej połowie gry potrafi uderzyć prosto w nerki i sprowokować do rozważań, o których z przyzwoitości tutaj nie opowiem.

(*) Swoją drogą, wiedziałeś(-aś), że od recenzji oryginalnej Xillii na Cross-Playu minęło dokładnie pięć lat? Tekst Astarella opublikowano 13 grudnia 2020 roku.

(**) Dla jasności: nie umie co prawda rozmawiać z duchami, ale potrafi wykorzystywać ich moc.


Zaciskając pięści


O ile Tales of Xillia bez wątpienia fabułą stoi, nie jest to broń Boże visual novel, lecz jRPG z elementami beat’em upa. Zwiedzając świat, napotkamy całe zastępy potworów tudzież wrogich żołnierzy czekających, aż spuścimy im łomot. Starcia toczy się tu w czasie rzeczywistym, a sama walka mocno przypomina bijatyki rodem ze starych Yakuz (sprzed Like a Dragon). Mamy do dyspozycji ataki zwykłe i specjalne (wymagające many), a te ostatnie możemy wykonywać w tandemie z danym towarzyszem, co skutkuje zarówno zwiększonymi obrażeniami, jak i rzecz jasna widowiskową animacją.

O ile sama walka jest dobra i nie nudzi się nawet po dwudziestu godzinach gry, nie rozumiem jednego jej elementu. Nasz bohater zawsze porusza się w linii prostej w kierunku oponenta, którego namierzyliśmy za pomocą lock-onu. Efekt jest taki, że poruszamy się niczym w grze 2D, choć arena jest trójwymiarowa. Przeciwnicy mogą nas atakować z każdej strony, a taki system ruchu kompletnie nie pomaga w unikaniu ich ciosów. Oczywiście jest sposób, by „odblokować” swobodny bieg po całej arenie – wystarczy przytrzymać lewy spust. Pytanie brzmi: dlaczego? Czy nie mogło to wyglądać tak, jak we wspomnianych Yakuzach?

À propos uników: owszem, w Tales of Xillia możemy wykonywać skoki, susy czy inne kontry, ale trudno opanować tę sztukę. Często walczymy w czteroosobowym teamie, i to z wieloma przeciwnikami naraz, co niemal zawsze gwarantuje zalanie ekranu kolorowym bałaganem zaklęć i rozmaitych efektów. Z tego powodu zamiast polegać na własnym refleksie, lepiej dbać o zapas przedmiotów odnawiających zdrowie i manę. Takiemu podejściu sprzyja opcja „zaprogramowania” członków naszej drużyny, tak aby korzystali z itemów pod pewnymi warunkami, na przykład kiedy poziom ich zdrowia spadnie poniżej trzydziestu procent. Możemy też określić między innymi ich stopień „agresji” w trakcie starć oraz zachowanie, gdy są w tandemie z głównym bohaterem.

Warto poświęcić trochę czasu i wysiłku na opracowanie taktyki, bo choć większość „szeregowców” można pobić dość łatwo, bossowie potrafią dokopać i obyś nie zapomniał(-a) zapisać gry przed walką z nimi, inaczej może ci być smutno. Oczywiście można też grindować i na wyższych poziomach trudności jest to nieodzowne, ale na „normalu” większość zwykłych przeciwników da się po prostu omijać (albo w ogóle ich wyłączyć z poziomu menu, na jedno wychodzi).


Tutaj miał być nagłówek, ale autor był zbyt leniwy, by go wymyślić


Nie mogę też nie poświęcić miejsca kwestii, która wraca do mnie niczym bumerang, ilekroć gram w gry z Kraju Kwitnącej Wiśni – GUI. Na temat możliwych poprawek interfejsu Tales of Xillia można by napisać porządny referat. Fakt, że proste i powtarzalne czynności wymagają tu nadmiernej klikaniny, nie jest wcale najgorszy. Wprost nie mogę pojąć, dlaczego po ukończeniu danego zadania nie dostajemy na ekranie informacji, JAKIEGO questa właśnie doprowadziliśmy do końca. Zamiast tego dostajemy jedynie wesoły napis: „zaktualizowano listę zadań”. A jakaż to aktualizacja? I weź tu przeklikuj się teraz przez te wszystkie cudowne menusy. Z jednej strony Tales of Xillia wyróżnia się na naprawdę wielu polach, z drugiej jednak niektóre rzeczy (w tym interfejs) sprawiają wrażenie, jakby robili je praktykanci.

Kolejny przykład: mniej więcej w dwudziestej godzinie gry zorientowałem się, że gra posiada nie dwie grywalne postacie, lecz… sześć! W walce możemy przejąć bezpośrednią kontrolę nad każdym towarzyszem, jeśli tylko przed starciem dobrze ustawimy ich kolejność w menu (postać, którą chcesz grać, musi być na szczycie listy kompanionów). Gra w ogóle nie zakomunikowała mi takiej możliwości. Co prawda jest to zaledwie ciekawostka, ale po co ukrywać tak soczysty „ficzer”?

Wypuszczenie remastera w tym roku było wspaniałą okazją, by naprawić i usprawnić to i owo. I rzeczywiście, DokiDoki Groove Works dało nam możliwość zapisywania stanu gry w dowolnym momencie (a nie tylko w ustalonych miejscach), a także podbitą rozdzielczość i żelazne sześćdziesiąt klatek na sekundę na PlayStation 5. Nie bez znaczenia jest też fakt, że produkcja ta ukazała się na pecetach, Xboksie i Switchu (jej pierwotna wersja była exclusive’em na PS3).

Na tym jednak zalety remastera się kończą. Tales of Xillia na screenach wciąż wygląda jak gra sprzed dwóch generacji, a okazjonalne zbliżenia w cutscenkach na silniku gry tylko uwypuklają jej rodowód. W co bardziej szczegółowych miejscówkach obiekty doczytują się na naszych oczach. Boli mnie też fakt, że ekrany ładowania nawiedzają nas tutaj co jakieś dwie minuty. A wisienką na torcie jest brak polskiej lokalizacji, która mogłaby przyczynić się do spopularyzowania Talesów w kraju nad Wisłą. Serce mi krwawi na myśl o zmarnowanym potencjale tego odświeżenia!

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jednak, że edycja Deluxe, którą miałem szczęście ogrywać, zawiera paczkę skinów dla całej naszej kompanii, a do tego pokaźny album utworów muzycznych z bodajże całej serii Tales of. Możemy nawet złożyć sobie własną playlistę do walk, więc jeśli chcesz posłuchać brzmień ze swojej ulubionej odsłony cyklu, to jest dobry na to sposób. W prezencie dostajemy też pokaźną ilość złota i bonusy do statystyk.

Tales of Xillia Remastered


Królewskie miasto spowite nocą


Na uwagę zasługuje również świat gry, który całościowo może i nie powala na kolana swoją oryginalnością… ale i od tej reguły są wyjątki. Jednym z nich jest Fennmont – metropolia, w której panuje wieczna noc. Rozświetlające ją latarnie barwią rozgwieżdżone niebo na kolor szmaragdu. A muzyka towarzysząca nam w tej lokacji nadaje jej nie-sa-mo-wi-te-go, baśniowego klimatu. W ogóle soundtrack Tales of Xillia sprawia wrażenie, jakby był nagrany gdzieś w Niebie. Co prawda brak mu wyróżniających się melodii, ale spełnia swoją funkcję z nawiązką – buduje klimat wielkiej przygody.

„Przygoda” to dobre słowo, którym można by podsumować całą tę grę. Chyba nie wiedziałem, jak bardzo byłem spragniony opowieści, która ani nie przytłacza swoim ciężarem, ani nie ucieka w cukierkowatość czy przesadny patos. Owszem, fabuła jest pełna dziur i pewnych umowności***, a w gąszczu niewiele znaczących, krótkich dialogów nietrudno jest się pogubić. Tylko to właśnie na tle tych szczegółów wyróżnia się wybitny główny wątek. Czy będziesz w stanie przymknąć oko na niedociągnięcia, by dać się porwać temu doświadczeniu? To już zależy od ciebie. Warto.

Z kolei większości zadań pobocznych mogłoby tu w ogóle nie być, gdyż są to zwykłe fetch questy. Potwory zajęły ważny trakt handlowy? Przyjedziemy, usuniemy. Trzeba dostarczyć list na drugi koniec kontynentu? Zaraz wracam (dzięki szybkiej podróży). Jak się to zatem ma do fabuły? Cóż, nijak. Zadania poboczne warto robić w sumie tylko dla dodatkowej forsy lub podbicia poziomu naszych postaci****. Bardzo rzadko dowiemy się z nich nowych informacji o świecie gry i jego mieszkańcach. Jeśli dobrze ci się powodzi, można je z czystym sumieniem olać. Dla porównania, pierwszy Wiedźmin również ma podział na zadania główne i poboczne, ale jest on dosyć płynny, więc w produkcji RED-ów warto po prostu robić wszystko. Tales of Xillia nie posiada tego problemu, a tę klarowność zaliczam zdecydowanie na plus.

Tales of Xillia Remastered

(***) …I okazjonalnych żartów o kobiecym biuście…

(****) Inna sprawa, że część zadań polega po prostu na rozmowach z naszymi towarzyszami, które szkoda przegapić.


Moja klinga przetrze nam szlak


Tales of Xillia Remastered nie jest bez wad, a największą z nich jest biedna jakość odświeżenia oryginału z 2011 roku. Jednakże ani braki, ani niedociągnięcia, ani nawet ten przeklęty interfejs nie zabiły mi radości z przeżycia tej przygody. W Xillię gra się szybciutko – gra nieustannie żongluje walkami, rozmowami i cutscenkami, skutecznie zabijając w ten sposób nudę. Całość jednak spajają nasi główni bohaterowie i towarzysze, za którymi zaczynałem tęsknić, gdy tylko wstawałem od konsoli. Jeśli cenisz sobie dobrą fabułę, stanowczo polecam ci tę grę. Jeśli natomiast ograłeś(-aś) oryginał, nie znajdziesz tutaj niczego nowego, ale może warto sobie odświeżyć wspomnienia.