Battlefield 6 Multiplayer

Nowy Battlefield wywołuje ciarki od samego początku, próbując powiedzieć nam wprost: „od teraz gwarantujemy dobrą zabawę – zostaniesz z nami na dłużej”. Odświeżony motyw muzyczny pod tytułem Warsaw zaskakuje instrumentalnymi partiami i pompatycznymi sygnałami syren. Znów w świetnie zmontowanym filmie otwierającym grę helikoptery rozbijają się o budynki, które wkrótce potem rozpadają się, pokazując mocne strony najnowszej wersji silnika Frostbite. Po minucie audiowizualnej orgii wciskasz w końcu „Start”, zanurzając się w wojennym klimacie, którego z pewnością dawno nie zasmakowałeś. Daję słowo.  


Nie wszystko oczywiście jest na tyle dobre i nie myślcie, że gra jest wolna od bolączek. W końcu po wstępnym zachwycie szybko okazuje się, że kafelkowe menu główne jest nieczytelne jak zawsze, a ktoś odpowiedzialny za ten „kafelkowy” design za bardzo opierał się na konkurencyjnym Call of Duty. Z drugiej strony to znak czasów i takie mamy trendy, nic z tym się nie poradzi. Ważniejsze od tego, jak się klika w menu, jest to, jak się strzela w multiplayerze. Dlatego pozostaje mi zaprosić was do obszernej recenzji trybu sieciowego, napisanej na podstawie kilkudziesięciu godzin spędzonych z grą i zdobyciu 50. rangi. Jeżeli chcecie się dowiedzieć, jak wypada kampania fabularna, zapraszam tutaj.     

Battlefield 6


Porozmawiajmy o klasach i trybach


Przygotowując się do rozgrywki sieciowej, możemy dostosować wyposażenie czterech klas: szturmowca, inżyniera, wsparcia oraz zwiadowcy. To, jak będzie wyglądało nasze podejście, zależy w dużej mierze od wyboru właściwej klasy. Szturmowiec świetnie sprawdza się w ofensywnych natarciach, kiedy konfrontacja z przeciwnikiem wymaga celnie rzuconego granatu czy szybkiej reakcji w starciach krótkodystansowych. Inżynier nie ma litości dla pojazdów opancerzonych, traktując je wyrzutnią rakiet, a chwyciwszy za palnik, zamienia się w „medyka” czołgów. Wsparcie potrafi nie tylko szybko postawić powalonego kolegę na nogi za pomocą defibrylatora, ale i rozstawić taktyczną osłonę. A zwiadowcy to największe utrapienie piechura na otwartych przestrzeniach, gdzie snajperka i dron szpiegowski są największym gamechangerem na polu bitwy.

Każda z wyżej wymienionych specjalizacji posiada broń główną, dodatkową oraz gadżet. Karabiny szturmowe, wyborowe, maszynowe czy snajperskie możemy przypisać do każdej postaci, lecz jeśli chodzi o dodatki, nie mamy tej dowolności. I tak na przykład do szturmowca przydzielona jest strzelba i drabina szturmowa, a zwiadowcy będą dysponować wabikiem (manekin na stojaku imitujący człowieka) i miną przeciwpiechotną. Ktoś skorzysta z torby zaopatrzeniowej, a ktoś inny z czujnika ruchu czy zastrzyku adrenaliny, tymczasowo zwiększającego prędkość ruchu naszego żołdaka.

Generalnie każda klasa jest na tyle dobrze wyważona, że czasami jej wybór wynika nie tylko z osobistych preferencji, ale też chociażby z trybu zabawy czy wylosowanej mapy. Na rozległych terenach, po których jeździły pojazdy gąsienicowe, najczęściej wybierałem inżyniera, dzięki czemu mogłem z niepohamowaną radością czy to wskakiwać do czołgu, czy też robić za wsparcie, naprawiając i eliminując czołgi wroga. Bywało, że jako czołgista wychodziłem na chwilę, aby poczęstować pobliskich nieprzyjaciół serią z automatu. Wsparcie dawało świetne rezultaty w trybach, w których liczyła się współpraca w grupach kilkuosobowych. Wtedy uratowanie kompana potrafiło przechylić szalę zwycięstwa na naszą korzyść. Sens wybierania szturmowca widziałem w klasycznym deathmatchu, gdzie dynamika potyczek utrzymywała zawrotne tempo, a respawny odbywały się na porządku dziennym (hłe, hłe). Wcielenie się w snajpera nie było zaś tak satysfakcjonujące, jakbyśmy tego chcieli, ponieważ ciężko jest znaleźć dla niego miejsce na mapie, gdzie mógłby się naprawdę przydać. Raz, że mapy nie sprzyjają tej profesji, a dwa – pierwsza odblokowana snajperka zadaje strasznie niskie obrażenia — o ile nie trafimy komuś w głowę. 

Battlefield 6

Przy omawianiu trybów warto mieć na uwadze duże wsparcie twórców w pierwszym roku uruchomienia serwerów, za sprawą aktualizacji zwanych sezonami. Pierwszy z nich podzielony jest na trzy akty: Rogue Ops, California Resistance i Winter Offensive. Każdy akt ma do zaoferowania zupełnie nową lokację, pojazdy i pukawki. W momencie pisania recenzji uruchomiono drugi akt, jednakże w pełni mogę wypowiedzieć się na temat pierwszego — o czym za chwilę.

Zacznijmy może od podstawowych trybów dostępnych w Battlefield 6. Na pierwszy ogień idzie klasyka, czyli Drużynowy Deathmatch, który można rozegrać w wariancie z dwoma lub czterema drużynami. Równie szybką rozgrywkę oferują Przełamanie i Szturm, w których przejmujemy sektory lub niszczymy cele. W trybie Dominacji staramy się utrzymywać terytoria, zdobywając jak największą kontrolę, zaś Król Wzgórza jest tym samym, tylko zamiast kilku obszarów mamy jeden kluczowy  — jedni go atakują, drudzy zaś bronią, w zależności od sytuacji na polu walki.

Wisienką na torcie każdego Battlefielda są jednak bitwy z użyciem różnorakich pojazdów – od czołgów i samochodów z zamontowanym karabinem maszynowym, aż po wozy opancerzone, śmigłowce i odrzutowce. Mowa tutaj o Wojnie Totalnej, w skład której wchodzą bliźniaczo podobne tryby Podboju oraz Eskalacji. Zarówno jeden, jak i drugi polega na opanowaniu wyznaczonych obszarów, z tym że Podbój kończy się po uzyskaniu określonej przewagi przez jedną ze stron konfliktu, a w Eskalacji wygrywa drużyna, która jako pierwsza przejmie trzy terytoria. Dla graczy mniej obytych z gameplayem jest jeszcze Casual Breakthrough, gdzie można sobie podbić ranking, strzelając do botów.  

Battlefield 6

Przeciwwagą trybów o ogromnej skali, w których króluje chaos, epickość i zniszczenie, jest Punkt Uderzenia. Chociaż nazwa powinna brzmieć: „Taktyczne Uderzenie”, bowiem dwie 4-osobowe drużyny spotykają się tutaj w celu nie tyle eliminacji strony przeciwnej (chociaż to również gwarantuje zwycięstwo), co utrzymania małego skrawka terenu. Kto wygra więcej rund z łącznej puli jedenastu, wygrywa. Żeby było ciekawiej, po pięciu rundach następuje zamiana stron i zaczynamy rozgrywkę w punkcie, w którym startował przeciwny zespół.

Na koniec tej wyliczanki pozostał darmowy Redsec, w którego skład wchodzą Battle Royale oraz Wyzwanie. BR chyba nie muszę nikomu przedstawiać – setka uczestników w drużynach dwuosobowych lub czteroosobowych uzbrojonych w zwykłe pistolety, ląduje na obszarze, który z każdą kolejną minutą robi się coraz mniejszy. Gracze, przeszukując skrzynie z ekwipunkiem czy też wykonując krótkie zadania z nagrodami, starają się przeżyć jako ostatnia drużyna. Klasyka gatunku.

Nowością w serii jest za to Wyzwanie. W nim rywalizuje ze sobą aż osiem 4-osobowych drużyn w kilku losowych misjach. W każdej z nich odpadają dwie najsłabsze ekipy, a napięcie jest tym większe, im bliżej jesteśmy finałowego zadania, w którym spotykają się dwie najlepsze drużyny. Dużym plusem jest konstrukcja niektórych zadań, które porzucają wyeliminowanie jednostki wroga na rzecz czegoś ciekawszego. Na przykład Obwód polega na przejmowaniu jak największej ilości terminalów, a w Klinczu trzeba zabezpieczyć kluczowe lokalizacje. W skrócie: nie zawsze wygrywa team, który będzie miał na koncie najwięcej zabójstw. Oprócz umiejętności strzeleckich liczy się również spryt i praca zespołowa. Ten nieco turniejowy tryb ten będzie na pewno świetnym dopełnieniem obleganego Battle Royale. 

Battlefield 6

 


Pomniejszone mapy i podkręcenie dynamiki starć, czyli jak twórcy chcą przekonać do siebie fanów CoD-a


Każdy, kto choć raz zasmakował multiplayera w Battlefieldzie, będąc również gościem na serwerach Call of Duty, potrafi doskonale wyłapać różnice dzielące te serie. W tej pierwszej rozgrywka od zawsze była znacznie wolniejsza, a sporych rozmiarów mapy wypełnione były pojazdami wojskowymi, które siały zamęt i zniszczenie, zwłaszcza odkąd wprowadzono częściową destrukcję otoczenia w Bad Company. Znów twórcy CoD-a stawiali na małe mapki i dynamiczną rozgrywkę z użyciem śmiercionośnych dodatków (wybuchowe zdalnie sterowane autko, nalot z powietrza i tak dalej) za killstreaki, czyli serie zabójstw bez śmierci podczas meczu. Wspominam o tym nie bez przyczyny, ponieważ wraz z „szóstką” zaciera się duża różnica między tymi molochami sieciowych strzelanek. Po pierwsze, udostępnione przez twórców mapy są znacznie mniejsze niż w poprzednich odsłonach, a jej największa – Operacja Ognista Burza (remake lokacji z BF3) – jest pod względem gabarytów dopiero w połowie stawki wielkości wszystkich map, które powstały. Wniosek jest zatem prosty: twórcy celowo ograniczyli skalę bitew, aby zwiększyć ich intensywność. Jedni powiedzą, że to dobry ruch i w końcu nie trzeba iść z buta parę minut przez pustynne rejony (i dostać kulkę od snajpera w połowie drogi – dop. May_Day), drudzy zgodnie stwierdzą, że decyzja ta doprowadziła do absurdalnie krótkich czasów na dotarcie do obszarów kluczowych. 

Po kilkudziesięciu godzinach spędzonych z grą mogę powiedzieć, że zarówno jedni, jak i drudzy mają rację. Gdybym jednak miał zadecydować, kto jest bliższy prawdy, uwagę bym skupił na… producencie Battlefield 6. Społeczność, jak to bywa, musi posprzeczać się w sieci, ale jedynym wygranym są osoby decyzyjne w szwedzkim EA DICE. Owszem, decyzja o zmniejszeniu placu boju sprawiła, że snajperowi ciężej jest się odnaleźć na mapie pełnej pojazdów, a piechurzy biegają z miejsca w miejsce bez wytchnienia. Jednak całość prezentuje się naprawdę dobrze. Pamiętam, że dawno temu, grając w Battlefield: Bad Company 2, rozgrywka ta była wolna i czasami trzeba było pokonać spory obszar pieszo, aby spotkać pierwszego przeciwnika — a i czasami po respawnie czekała nas cicha śmierć od pocisku snajperskiego. Aspekt ten został w najnowszej odsłonie niemalże całkowicie wyeliminowany, a rozgrywka nabrała rumieńców właśnie dzięki podkręconej dynamice.

Grając w trybie Wojna Totalna, autentycznie byłem uczestnikiem batalii na wielką skalę. Kilkuosobowe natarcie i ostrzał z potężnego karabinu zamontowanego na czołgu dawały większego przyrostu dopaminy niż jedzenie chałki z masłem podczas układania pasjansa. Heroiczna obrona terytorium i osoby, które obok mnie robiły cuda, aby tylko wygrać spotkanie (jak na przykład medyk, który rzucił granat dymny, by uratować towarzyszy). Albo sianie destrukcji wśród walących się budynków i rzeź niewiniątek przy eskorcie inżynierów podczas kierowania dowolnego pojazdu opancerzonego. Zresztą co ja wam będę opowiadał, wystarczy że obejrzycie moją kompilację z rozgrywki

Battlefield 6

Jednakże z najważniejszych kwestii warto napisać wprost: gunplay jest niemalże perfekcyjny, a TTK (ang. time to kill), czyli czas potrzebny na wyeliminowanie wrogiego gracza, został dopracowany w taki sposób, że nie ma mowy o efekcie gumowych pocisków. Jak wcześniej wspomniałem, jedyne zażalenie w skali makro dotyczy użytkowania snajperki. Albo strzelisz komuś prosto w głowę i będzie po nim, albo będzie po tobie. Dlatego też uwielbianą niegdyś przeze mnie klasę wybierałem sporadycznie.

Uważam jednak, że istotność klas względem rozgrywki została bardzo dobrze zbalansowana. Snajper nie tylko może eliminować ruchome cele z odległości, ale też wypuścić drona zwiadowczego, oznaczającego przy okazji położenie przeciwników. Inżynier utrzymuje przy życiu taką potęgę, jaką jest czołg, a wsparcie (medyk) okazuje się ostatnią deską ratunku dla drużyny, zwłaszcza w potyczkach na mniejszą skalę. A co z pojazdami? Są na tyle mocne, aby w odpowiednich rękach służyły za niszczycielską broń, lecz na tyle słabe, aby zostały zniszczone przez podłożoną minę czy kilka wystrzałów z wyrzutni rakiet. Uwielbiałem być czołgistą, bo nie ukrywam, dosyć dobrze bawiłem się w tutejszą wersję World of Tanks. Dlatego też znacznie mniej miejsca poświęciłem pojazdom latającym, czyli śmigłowcom i odrzutowcom. Z perspektywy piechura ciężko jednak oprzeć się wrażeniu, że nie wyrządzają znaczącej szkody naszym oponentom i są tylko efektownym tłem. 

Co cieszy, system progresji jest satysfakcjonujący. Podzielony został na kilka segmentów: klasyczną rangę gracza i pomniejsze wyzwania (dzięki którym odblokowujemy nowe uzbrojenie, gadżety i dodatki do broni) oraz poziomy mistrzostwa zarówno broni, jak i pojazdów. Działa tutaj sprawdzona zasada, która przy okazji premiuje przywiązanie do danej klasy – im dłużej przebywamy w pojeździe lub gramy tą samą postacią, tym lepsze korzyści możemy czerpać przy następnych sesjach z grą.

Na koniec warto zatrzymać się przy mapach i osławionej już destrukcji otoczenia. Górzysty i pełen wzniesień teren Tadżykistanu w Liberation Peak jest idealny zarówno dla atakujących, jak i broniących wojaków. Wąskie alejki w centrum Kairu to odwieczna zabawa w kotka i myszkę pomiędzy czołgami a nieustępującymi na krok inżynierami. Miasto potrafi zmienić się nie do poznania, w budynki – legnąć w gruzach. Mapa New Sobek City prezentuje się na tle reszty jako najbardziej uniwersalna, zarówno dla piechoty ostrzeliwującej się na placu budowy, jak i pojazdów latających między tymi niedokończonymi konstrukcjami. Są również amerykańskie klimaty za sprawą takich map, jak Manhattan Bridge oraz Empire State, rozgrywane na ulicach nowojorskiego Brooklynu. O ile powyższe mapy są dobrze zaprojektowane i utrzymują balans rozgrywki, nawet jeśli przymkniemy oko na zbyt wertykalne i otwarte tereny nowojorskich uliczek z wszelakimi biurowcami, samochodami i pobliskimi kawiarniami, tak trafiają się — pisząc dosadnie — katastrofalnie płaskie mordownie. Mówię o tobie, rafinerio z Blackwell Fields. Na szczęście destrukcja otoczenia jest widowiskowa i często potrafi zaskoczyć – może nie tak spektakularnymi akcjami, jak przy Levolution Events w Battlefield 4, ale ściany sypią się aż miło, a czołgiem można taranować drzewa i budynki.

Co poza tym? Z małych minusów: trybom brakuje trochę różnorodności i kilka z nich jest bliźniaczo podobnych do siebie, na przykład Eskalacja i Podbój. Po odpaleniu gry wyskakują czasami okienka zachęcające do kupienia punktów przepustki bojowej, a po wyłączeniu i ponownym uruchomieniu kontrolera…  nie można było zmieniać okienek w menu (pomocny okazał się restart gry). 


Nie ukrywam, że w trybie multiplayer Battlefielda 6 grało mi się wybornie. Do pełni szczęścia zabrakło naprawdę niewiele. Może jednej dobrze zaprojektowanej mapy, może kolejnego trybu typu Punkt Uderzeniowy czy Wyzwanie. A może ja już jestem za stary i narzekam dla samego narzekania? Nieważne. Cieszmy się, że EA nie idzie drogą biegającego Groota i Nicki Minaj strzelającej z różowej strzelby. Tutaj żołnierz wygląda jak żołnierz. A przecież kiedy to czytacie, gra dostaje kolejne aktualizacje z nowymi mapami i trybami. 10 milionów sprzedanych kopii w ciągu miesiąca i dwa razy większe oblężenie serwerów niż u konkurencyjnego Call of Duty: Black Ops 7 może zwiastować zmęczenie fanów serią, która zaprzedała duszę diabłu za garść fikuśnych skórek. Tutaj jest prawdziwa wojna, synu! Kupuj grę i walcz! 

 

Battlefield 6


GRA DO RECENZJI DOSTARCZONA PRZEZ EA POLSKA

DZIĘKUJEMY ZA WSPARCIE!