Battlefield 6 Singleplayer
W sercach wielu graczy kampania w Battlefield: Bad Company 2 jest najlepszą w serii. „Trójka” była efektowna, lecz zbyt liniowa, z kolei taki Hardline nie zaskarbił sobie sympatii fanów. Battlefield 6 jawi się jako nowe rozdanie dla EA, dlatego też deweloperzy podeszli do sprawy poważnie. Dla zniecierpliwionych – tryb fabularny jest niemalże tym dla Battlefielda, czym dla CoD-a był reboot podserii Modern Warfare. Mogło być lepiej, ale zaufajcie mi, jest dobrze.
Nie będę udawał wielkiego znawcy Battlefielda, ponieważ osobiście bardziej cenię sobie kampanie w serii Call of Duty. Dlatego też miło mi poinformować was, że twórcy postarali się niemalże w każdym aspekcie, aby w ich produkcję się dobrze grało i tak samo dobrze oglądało. To również coś więcej, niż tylko dodatek do multiplayera zaklejony taśmą i zaciśnięty trytytką, aby tylko gracze nie skarżyli się brak tego trybu.
Fabuła trzyma się czasów współczesnych i osadzona jest w 2027 r., kiedy to jednostka Marines zostaje brutalnie zaatakowana przez prywatną korporację wojskową, Pax Armata. Z rzezi wyrządzonej przez ową frakcję zdołał przeżyć jedynie główny bohater opowieści, sierżant Dylan Murphy. Zdarzenie to odbije się jednak na jego psychice. Wojna to brutalne doświadczenie i scenarzyści Battlefield 6 świetnie sobie poradzili z oddaniem poczucia bezradności w obliczu przeważających sił wroga czy jego totalitarnej potęgi. Bardzo dobrze oddali też wrażenie uczestnictwa w konflikcie na dużą skalę.
W trakcie tego bestialskiego konfliktu wcielamy się w kilku żołnierzy. Wspomniany Murphy (inżynier) wybrał walkę na froncie zamiast kariery oficerskiej. Simone „Gecko” Espina, potrafi pilotować drona. Cliff Lopez jest wsparciem, a Lucas Hemlock jest jak Ghost z Modern Warfare. W trakcie misji będziemy mogli sterować różnymi członkami zespołu Dagger 1-3, a naszym zadaniem jest powstrzymać nie tylko zbrodniarzy z Pax Armata, ale i klasycznego dla strzelanek złola – Alexandra Kincaida.
Scenariusz klasy B, widowisko klasy A
Pierwsze zadanie idealnie wpasowuje się w znane powiedzenie filmowe Alfreda Hitchcocka: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”. Jako Murphy, przygotowujemy się z naszymi towarzyszami do opuszczenia bazy. Spokój, który trwał może z kilka minut, przerwany zostaje przez spektakularny atak ze strony Pax Armata. Między nalotem a nacierającymi jednostkami piechoty znajdujemy się my. Jest cholernie napięta sytuacja, czuć gorący podmuch zrzuconych ładunków wybuchowych, strzelamy do pojawiających się przeciwników, a jakby eksplozji było za mało – na naszej drodze twórcy ustawili klasyczne czerwone beczki. Chwilę później wskakujemy do pojazdu i strzelamy z zamontowanego karabinu maszynowego we wszystko, co ma nogi lub jeździ na czterech kołach. Tutaj wydaje się, że twórcy zrealizowali w stu procentach plan mówiący o tym, że musi być lepiej niż u konkurencji. No i trochę przegięli. Płonąca wieża komunikacyjna blokuje nam drogę, ostrzeliwujemy żołnierzy wroga, zanim jeszcze wylądują, zsuwając się na linach z helikoptera, zbiorniki z paliwem eksplodują, a śmigłowce spadają jak zestrzelone kaczki w Duck Hunt. Brakuje tylko biegnących w naszą stronę kamikaze z serii Serious Sam.
Na szczęście po intensywnej akcji następuje chwila oddechu i przegrupowanie na wzgórzu. Szybki rekonesans za pomocą lornetki, zaznaczenie laserowym wskaźnikiem miejsca ataku dla odrzutowców i wyczyszczenie terenu prowadzącego do głównego celu. budynku serwerowni z kolei czeka nas kompletna zmiana klimatu, tak jakby gra przez chwilę chciała być survival horrorem. Przemierzamy surowe, ciemne korytarze oświetlone czerwonymi lampami awaryjnymi oraz wbudowanymi w broń latarkami. Podkładamy C4 na filarach budynku, wchodzimy na dach, następuje szybka wymiana ognia z przeciwnikiem i widziane już dziesiątki razy dobiegnięcie do lądującego helikoptera w akompaniamencie świszczących kul. Następnie widzimy klasyczny kadr z pozycji siedzącej z widokiem na zburzony budynek. Misja zakończyła się pomyślnie, kompan Martinez krzyknął w amerykańskim stylu: „Holy s#it!”, możemy się rozejść. Tyle że nie do końca. I tutaj dzieją się rzeczy, których mało kto się spodziewał, ale nie mam zamiaru psuć komuś niespodzianki. Powiem tylko, że scenarzyści stwierdzili „a co by było, gdyby…”. Misję kończy sugestywna scena, pokazująca krwawe wojenne realia.
Dalej czeka nas przerywnik filmowy jakby wyrwany z flagowej serii Ubisoftu, Splinter Cell. Rok później mamy noc, gdzieś w Wirginii kamera powoli snuje się po salonie, a w telewizji ukazują urywki zamachu w Brukseli, do którego przyznała się Pax Armata. W konsekwencji zdarzenie to skłoniło NATO do sprzymierzenia się ze zbrodniczą frakcją. W pewnym amerykańskim domostwie przebywa czarnoskóra Mills, a na zewnątrz czwórka komandosów przygotowuje się do cichej infiltracji, uzbrojona w broń z laserowymi celownikami. W pokoju jest cicho i przytulnie, a na podwórku pada rzęsisty deszcz. Napięcie narasta dzięki dobrej pracy montażysty. Kobieta nabiera podejrzeń, kiedy słyszy szczekanie psa. W momencie kiedy sięga po broń w skrytce, „duchy” już są w jej posiadłości. Atmosfera gęstnieje i świetnie się to ogląda, w końcu po szybkiej akcji dochodzi do ciekawej wymiany zdań oraz prezentacji protagonistów. Od teraz kolejne linijki konwersacji między drużyną „sztyletów 1-3” a członkinią CIA przenoszą nas do zdarzeń, które już miały miejsce.
Scenariusz nie jest specjalnie odkrywczy, ale w tego typu grach tak zaprezentowana filmowa formuła sprawdza się nad wyraz dobrze. Powyższe streszczenie pierwszych trzydziestu minut gry ma również na celu pokazanie, jak często zmienia się w niej klimat. Na nudę nie będziecie narzekać, gwarantuję.
Modern Warfare przybił piątkę z Battlefieldem
Jak wcześniej wspomniałem, każda z misji jest na swój sposób wyjątkowa, a twórcy wiedzieli jak wypełnić czas, tak aby gracze nie posądzili ich o monotonność. Jesteśmy świadkami sprawnie zrealizowanego skoku Halo (skoku z dużej wysokości i niskim otwarciem czaszy spadochronu) na hiszpańskie terytorium Gibraltaru, przypominający nieco pamiętną scenę z filmu Godzilla z 2014 r. Parę (wewnątrzgrowych) godzin później uczestniczymy w desancie na plażę, wizualnie łechtającym gałki oczne za sprawą morskiej batalii, fal odbijających się od metalowej osłony poduszkowca, przelatujących nisko odrzutowców i dalszego planu majestatycznie pięknej Skały Gibraltarskiej. Puszczamy zasłony dymne, niszczymy bunkry oponentów z pomocą zamontowanego działka, mijając charakterystyczne umocnienia bardzo podobne do tych z plaży Omaha, z 1944 roku.
Wydarzenia w grze często rzucają nas na ulice miast, czy to Brooklynu w Stanach Zjednoczonych, czy też Gizy, gdzie w tle majaczą piramidy – jako że widziałem je na żywo, świetnie było poczuć ich klimat w Battlefield 6. Wymiany ognia w środku miasta, między stojącymi autami osobowymi czy też za osłoną czołgu rozwalającego budynki w drobny mak wyglądają tak dobrze, jak możecie to sobie wyobrazić.
Pomiędzy dynamicznymi strzelaninami znalazło się miejsce na spokojniejsze akcje. Kto pamięta misję Clean House z Modern Warfare, ten uśmiechnie się na widok podobnego scenariusza z infiltracją pewnego domostwa. Tylko że to Battlefield i nie ma tu mowy o tak filmowym doświadczeniu – ściany szybko zostają zburzone, a w miejscu podłogi zieje kilkumetrowa dziura. Poza tym czego tutaj nie mamy? Fragment ze skradaniem i wykorzystaniem snajperki przeciwko oddalonym celom? Jest. Osłona kluczowego miejsca, odpieranie ataku i użycie wyrzutni rakiet w celu zniszczenia upierdliwego śmigłowca? Zanotowałem. Pościg za uciekającym pociągiem w tunelu metra pod ostrzałem latających dronów? A jak!
Gdzieniegdzie widać klisze i znane motywy z innych współczesnych FPS-ów, jednak wszystko bardzo dobrze komponuje się jako całość Battlefield 6. Moje serce skradły dwie misje. W jednej zasiadałem za sterami czołgu na autostradzie Al-Khatib, w otoczeniu wraków, pustynnego pyłu i towarzyszącego nam wsparcia lądowo-powietrznego. Jakby twórcy World of Tanks chcieli nakręcić scenę na autostradzie z Matrix Reaktywacja. Jest cholernie efektownie, kiedy obok mamy wsparcie innych czołgów, w powietrzu trzepoczą łopatki helikopterów, co chwilę sypie się jakiś most czy wybucha pojazd gąsienicowy, „katapultując” górną konstrukcję w powietrze. Kiedy wydaje się, że zabawa ma się ku końcowi, okazuje się, że musimy zjechać z autostrady w stronę miasta, aby udzielić pomocy rannemu pilotowi. Tam w pewnym momencie wysiadamy z pojazdu, a resztę etapu obserwujemy z perspektywy piechura. Osoby odpowiedzialne ten rozdział powinny dostać podwyżkę.
Kolejna misja w dobitny sposób przypomniała mi o leciwym już klasyku, jakim jest z pewnością teraz Project I.G.I. Lądujemy na otwartym terenie, gdzie znajduje się parę punktów orientacyjnych, takich jak farma, elektrownia czy tama. Naszym zadaniem jest zniszczyć baterie przeciwlotnicze za pomocą C4. Nostalgia atakuje z niesamowitą siłą, ale trzeba przyznać, że i bez tego gra broni się sama.
Czuć na każdym kroku, że ekipie z EA DICE zależało na tym, aby dostarczyć produkt rozbudowany o wszelkie elementy składowe cechujące dobrego pierwszoosobowego shootera. Przy tym twórcy nie bawią się w odkrywanie gatunku na nowo. Nie ma tu zadań szpiegowskich typowych dla Black Ops czy zbędnego nurkowania w zbiornikach wodnych z klasycznym eliminowaniem oponentów, wciągając ich pod wodę metodą „na krokodyla”.
Całości obrazu dopełnia rozbudowana destrukcja otoczenia, dodająca smaczku do teatru działań wojennych. Celnie rzucony granat rozłupuje betonowe murki, palmy upadają z hukiem, hydranty pękają pod naciskiem pojazdów opancerzonych, ściany budynków zostają wręcz zdezintegrowane po celnym trafieniu z wyrzutni, a mniejsze przedmioty pękają pod ostrzałem. Oczywiście są ograniczenia, ale życzyłbym sobie, aby chociaż połowa z wydawanych obecnie gier była zrobiona na takim poziomie.
Ludzie odpowiedzialni za AI i testerzy poszli na urlop
Kampania w Battlefield 6 byłaby przemyślanym tworem pod niemalże każdym względem, zaczynając od przyjemnego strzelania angażującej warstwy fabularnej i dobrze zmontowanych wstawek filmowych, aż po udany projekt lokacji i angażujący ciąg zdarzeń, które wrzucają nas w różne scenariusze. Nawet polski dubbing jest soczysty, wyrazisty i nie tak teatralny, jak przyzwyczaiły nas dawne ekipy odpowiedzialne za rodzimą lokalizację.
Tyle że jest jeden minus, który znacząco psuje odbiór całości. Bugi. Tak, dobrze przeczytaliście – osoby odpowiedzialne za wszelakie testy, zgłaszanie usterek czy łapanie graficznych bubli wzięły sobie chyba wolne. Co za tym idzie? Podczas gry autentycznie czułem się, jakbym strzelał do ruchomych tarcz treningowych. Oponenci wpadają nam pod lufę, wybiegają po schodach gęsiego, nic sobie z tego nie robiąc, a kiedy pierwszy z towarzyszy dostaje kulkę, kolejni robią to samo. Takie mają skrypty i tylko pozostaje patrzeć na ten spektakl beznadziejności. Mało tego, czasami stoją jeden z drugim bez żadnej reakcji na naszą osobę. Są to sytuacje podobna do tej, gdy w domu zabraknie prądu i odruchowo próbujesz zapalić światło, idąc do łazienki. Tutaj zanim AI załapie o co chodzi, jest już dla niej za późno.
Dochodzi do tego niezbyt dobrze zaplanowany moment respawnu wrogiego mięsa armatniego pojawiającego się na placu boju, a także znikoma częstotliwość chowania się za przeszkodami, odróżniająca prawdziwych żołnierzy od kartonowych standów stojących jak słup soli. Testerzy również nie uwzględnili trybu pomiędzy aktywnym HUD-em, a kompletnym wyłączeniem interfejsu na ekranie. Dla kompletnej immersji wyłączyłem HUD i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt że niektóre interakcje wymagają aktywowania ikony na ekranie… której nie widziałem. Tryb immersyjny załatwiłby sprawę. Cienie czasami płatają figle, a komendy wydawane w kierunku towarzyszy (na przykład: „rzuć granat dymny”) dają w najlepszym wypadku różne rezultaty, w najgorszym – ich brak. W ogólnym rozrachunku nie ma wielkiej tragedii, bo już dawno się przyzwyczailiśmy, że na premierę dostajemy produkt dopracowany w osiemdziesięciu procentach. Takie czasy, ale nie bądźmy ślepi na ocenę produktu finalnego – dlatego też, z szacunku dla was, czytelników, jestem zmuszony obniżyć ocenę kampanii o jedno oczko.
Można odetchnąć z ulgą. Jeśli tęskniliście za dobrze zrealizowaną kampanią fabularną, to tutaj poczujecie się jak ryba w wodzie. Prawie sześciogodzinna rozgrywka dostarczy wam wielu wrażeń. Chociaż ta jest bliższa sercom wielbicieli Battlefielda i bardziej zespołowej walki na większą skalę, posiada ona miejsce na liniowe doświadczenia z kilkoma oskryptowanymi sytuacjami w stylu Call of Duty. No i najważniejsze, dawno nie czułem tak dobrze oddanego klimatu wojennego, nawet jeśli obrazu całości psuje kulejące AI. Mimo wszystko warto dać szansę „szóstce”, gdyż jest to nie tylko przystawka przed multiplayerem, ale też kampania, która zapisze się na kartach historii serii.
GRA DO RECENZJI DOSTARCZONA PRZEZ EA POLSKA
DZIĘKUJEMY ZA WSPARCIE!






















