Side Quest #5 (czerwiec 2026)

Witam w kolejnej odsłonie cyklu Side Quest, czyli naszej comiesięcznej serii krótkich felietonów autorstwa redaktorów Cross-Playa. W tym wydaniu May_Day wkurza się na bezsensowne spory, Gomlin analizuje, jak zmieniają się przeskoki pomiędzy kolejnymi generacjami konsol, a hrabia cieszy się z rodzinnego grania na Switchu 2. Miłej lektury!


Kłótnie o przynależność gatunkową gier nie mają sensu


May_Day: W zeszłym miesiącu Valve zaktualizowało na Steamie swoją bazę tagów, dodając do niej między innymi „Bullet Heaven”, „Wuxia” czy „Cult”, a usuwając chociażby „3D Vision”, „Kickstarter” czy „Well-Written”. Można się spierać o sensowność tej decyzji, ale nasunęła mi się w związku z nią myśl, która wylądowała w śródtytule powyżej.

Ile gier, tyle gatunków. Gatunki nigdy nie miały służyć podziałowi gier per se, tylko nazywaniu tego, w co gramy. Zanim FPS-y stały się, cóż, FPS-ami, były grami „doomopodobnymi”. Klony Vampire Survivors dopiero niedawno doczekały się adekwatnej nazwy swojej „szufladki”. A następne w kolejce będą pewnie tytuły pokroju Lethal Company czy RV There Yet?, których nie ochrzczono na Steamie friendslopem bodaj wyłącznie ze względu na negatywne konotacje tej nazwy („slop” możemy przetłumaczyć jako „breja”, „pomyje”).(*)

Dlatego gdy ktoś będzie się ze mną wykłócał, że Mass Effect to raczej RPG z elementami shootera, a nie shooter z elementami RPG-a (czy tam na odwrót), odpowiedź wieńcząca dyskusję zabrzmi: „a kogo to, k$%^a, obchodzi”.

Side Quest 5 - Mass Effect
Już bardziej zasadne jest pytanie o to, z kim romansował(-a) twój (twoja) Shepard.

(*) To może „crewlike”?


Międzygeneracyjny rozkrok


Gomlin

Gomlin: Każdego poranka, do śniadania, staram się robić małą prasówkę na temat tego, co w branży piszczy. Przeglądając portale informacyjne bądź media społecznościowe, często przecieram oczy ze zdumienia. I niech jako przykład posłuży ostatnia informacja o nowym rozszerzeniu fabularnym do naszego rodzimego Wiedźmina 3. Jak dowiadujemy się z owego newsa, dodatek ten będzie dostępny tylko na konsolach nowej generacji: PlayStation 5 oraz Xbox Series X/S. Oczywiście określenie „nowa” ma pewien sens, bo dotyczy de facto gry z poprzedniej generacji, a nadchodzące DLC odnosi się do portu tegoż tytułu na obecnym sprzęcie. No właśnie: „obecnym”.

Mamy Rok Pański 2026, a w listopadzie minie dokładnie sześć lat od premiery obu wspomnianych konsol. I nachodzi mnie taka myśl: czy sprzęt będący u kresu swego żywota (wszak wszędzie już się trąbi o przyszłorocznych następcach) można nazywać nową generacją? Nie wiem jak dla was, ale dla mnie pojęcie „nowej generacji” zawęża się do nadchodzących wielkimi krokami następców, ewentualnie do sprzętu, który jest na rynku rok lub dwa, nim poprzednicy całkiem odejdą na zasłużoną emeryturę.

W tym momencie dochodzimy do kuriozum, jakie zaserwował nam gamingowy rynek w ciągu ostatniej dekady. Bo skoro PS5 i XSX to rzekomo nowa generacja, to czym w takim razie jest obecna? PS4 i XO? To absurdalny rozkrok generacyjny, który wyparł podstawową terminologię również w kwestiach praktycznych. Bo skoro po sześciu latach musimy dostawać adnotację, że nowy tytuł, DLC lub cokolwiek wychodzi tylko na nową generację, to znak, że cykl wydawniczy gier zagubił swoją tożsamość.

Przyznam szczerze, że z tęsknotą spoglądam wstecz, kiedy dostawaliśmy nowy sprzęt i od chwili premiery sporo gier pokazywało coraz ostrzejszy pazur. Kiedy naturalne wydawało się szybkie odcięcie się od minionej generacji i skupienie się wyłącznie na potencjale silniejszego sprzętu.

Niestety, obecny rozkrok jest fundamentalnym krokiem w tył. Deweloperzy często są zmuszani do ograniczeń w swoich produkcjach, tak aby dopasować gry do starszych i słabszych sprzętów. Czy to się zmieni? Nie, ponieważ każda generacja wstecz to ogromna baza graczy, którą można wykorzystać i na której można zarobić. Co prawda na dzień dzisiejszy mamy całkiem sporo takich tytułów na „wyłączność” obecnych sprzętów, no ale przecież minęło już prawie sześć lat. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak pograć w jakiś tytuł dostępny tylko na „nową generację”.


Stary hydraulik i gokart


hrabia: W tym miesiącu z mojej strony trochę luźniejszy temat, bo mam zamiar się pochwalić! Wbrew wielu opiniom odradzającym kupno konsoli Nintendo Switch 2 (bo wiecie, gry są drogie, Nintendo leniwe i łase na pieniążki, a tak w ogóle to na „dwójce” nie ma w co w grać), postanowiłem jednak sięgnąć głęboko do kieszeni i wyłożyć nieco funduszy na nowy sprzęt. Bynajmniej nie dlatego, że na konsolach Microsoftu i Sony nie mam już w co grać. Nie ma w ogóle takiej możliwości. Powód był znacznie bardziej prozaiczny – rodzina. Pierwszego Switcha posiadałem tylko w wersji Lite, toteż od dłuższego czasu biłem się z myślami o wymianie na wersję hybrydową. A że syn jest świeżo upieczonym sześciolatkiem, w dodatku zafiksowanym na postaci Mario, to i lepsza okazja nie mogła się przytrafić.

Efekt? Kilkanaście majowych rozgrywek z synem, a i małżonka skusiła się parę razy na wieczorną przejażdżkę w Mario Kart World. Podczas rodzinnych odwiedzin przytrafiły się nawet większe wyścigi, bo aż do czerech osób! Jak się okazało, obsługa Joy-Conów dla nowicjuszy jest banalna, a zabawy jest przy tym co niemiara. I gdy tak stałem przy stole i widziałem na kanapie czterech ludzi bawiących się w najlepsze, już wiedziałem, że była to świetna inwestycja w kreowanie wspólnych chwil i magicznych wspomnień.

Póki co, poza gokartami gramy jeszcze w Super Mario Bros. Wonder i Disney Illusion Island. Pierwszy tytuł na pewno znacie, bo to jeden z najlepszych platformerów ostatnich lat, w którym nawet jeśli dziecko sobie nie radzi (Yoshi jest w tej grze nieśmiertelny – pamiętajcie!), to dorosły gracz jest w stanie dźwigać całość rozgrywki na swoich barkach. Druga gra to raczej przeciętna metroidvania, ale jak się okazuje, bardzo dużo zyskuje, gdy… ma się sześć lat i gra się wspólnie z rodzicem! Zaoferowano tu masę ułatwień dostępu dla najmłodszych, dzięki czemu nawet najostrzejsze kolce nie są nam straszne. Nie wiem, czy damy radę ukończyć ją w całości, bo mapa świata jest przeogromna, ale zdecydowanie zyskała u mnie dzięki kooperacji z synem. Srogim mankamentem jest z kolei brak w niej polskiej lokalizacji.

Jakie jeszcze plany na wykorzystanie Switcha 2? Z pewnością chciałbym skierować uwagę w stronę sympatycznego goryla, bo podobno zarówno Bananza, jak i Country Returns są świetnymi tytułami. Chodzi mi też po głowie świeżutki Yoshi and the Mysterious Book, którego miałem okazję przetestować na niedawno zakończonym CD-Action Expo 2026. No i oczywiście gry kooperacyjne, ze Split Fiction na czele. Może nostalgiczny powrót do Overcooked? Jeśli macie do polecenia coś ciekawego, w co można pograć w ramach rodzinnego co-opa, to chętnie przygarnę kilka propozycji. Do następnego!