Teenage Mutant Ninja Turtles: Shredder’s Revenge

W mojej dość długiej „karierze” recenzenta zazwyczaj próbowałem zachęcić do gry w klasyczny dla pismaków sposób. W kolejno pojawiających się linijkach tekstu sukcesywnie omawiałem najważniejsze aspekty, które mogły przyciągnąć gracza do danego tytułu, przyczyniając się do ewentualnego zakupu, o ile temu chciało się czytać rozprawki o długości całego cyklu ‘Władca Pierścieni’ J.R.R. Tolkiena. Tym razem będzie inaczej. Przynajmniej dla tych, którzy mogą stanąć przed lustrem i powiedzieć, że są leśnymi dziadkami gejmingu.

Sprawa jest bardzo prosta. Grałeś w trylogię na Nintendo Entertainment System, czyli: Teenage Mutant Ninja Turtles, Teenage Mutant Ninja Turtles II: The Arcade Game i Teenage Mutant Ninja Turtles 3: The Manhattan Project? A także Teenage Mutant Ninja Turtles IV: Turtles in Time na Super Nintendo Entertainment System? Uwielbiałeś oglądać kreskówkę z lat 1987 – 1996 i nadal darzysz Wojownicze Żółwie wielkim sentymentem? Więc nawet nie czytaj tej recenzji. Zakładając okulary nostalgii, czym prędzej kupuj Shredder’s Revenge, przelewając stówkę z osobistego konta wprost do kieszeni Tribute Games. Odwalili bowiem kawał świetnej roboty i po tylu latach istnienia klasycznych odsłon, nie wiem czy dało się to lepiej zrobić.

Wszystkim innym przedstawiam recenzję w typowym dla mnie stylu, z pewną dozą humoru i bez owijania w skorupę. Teenage Mutant Ninja Turtles: Shredder’s Revenge wpisuje się w gatunek beat ’em up, czy jak kto woli brawlera. Najprościej rzecz ujmując jest to bijatyka z dużą ilością przeciwników, rozgrywająca się na przewijanych dwuwymiarowych poziomach. Przekładając to na życie, spróbujcie sobie wyobrazić Mameda Chalidowa, który po drodze na zakupy do Biedronki musi stawić czoło wszystkim starym zawodnikom, proszących się o ponowny łomot. Tytuł ten w większym stopniu przypomina oldchoolowe gry arcade na automatach z maksymą „łatwy do wyuczenia, trudny do wymasterowania”. Szczęśliwie za pudełko zapłacimy raz i nie musimy nigdzie wrzucać monet, poganiając starą Grażynę przy sklepowej ladzie o kupno kolejnego pieniążka wydłużającego zabawę.

Przed omówieniem rozgrywki wypadałoby przytoczyć parę konkretów. Twórcy przygotowali fan-service większy niż w przypadku filmowego Spider-Man: No Way Home z 2021 r., czy oficjalnej, czwartej odsłony jamraja – Crash Bandicoot 4: It’s about time. Już od pierwszego filmiku otwierającego (nawiązującego do intro serialu animowanego z 1987 r.) jestem pewien, że każdy wielbiciel Żółwi miał ciary i mimowolnie uśmiechał się pod nosem. A dalej jest tylko lepiej. Świetnie dobrana pikselowa grafika z teksturami i animacjami charakterystycznymi dla gier z ery 8 i 16-bitów. A także zawarcie wszystkich znanych smaczków z poprzednich odsłon. Typowe dla każdego z Żółwi animacje, sytuacje na polu walki, plejadę wrogów z Rocksteady i Bebopem na czele, oraz wpadającą w ucho dynamiczną ścieżkę dźwiękową rodem z lat 90.

Ogólnie mógłbym sprawić, aby recenzja składała się z wszystkich zaobserwowanych odwołań do poprzedników, ku wielkiej radości ortodoksyjnego fana Żółwi ninja, ale on już zaliczył 160 razy grę i rozpracował poziomy na 1240 sposobów.

Trybów gry jest od zatrzęsienia i nie wiem od czego zacząć. Khem, sarkazm, khem. Mamy ich raptem dwa i są to tryb story i arcade. W tym pierwszym mamy mapkę miasta wyciągniętą z dowolnej pozycji od Nintendo. Przemierzając ulice żółwim pojazdem zaliczamy kolejne plansze, odblokowujące się po skończeniu poprzedniego poziomu, pokonując obowiązkowego bossa. Arcade z kolei, to typowy run wszystkich poziomów na „jednym życiu”. Różnice między jednym, a drugim są widoczne w rozwoju postaci, osiągnięciach, czy ograniczeniach.

Bardziej rozbudowany tryb Story posiada ukryte znajdźki w etapach i tzw. mini wyzwania, pozwalające uciułać więcej doświadczenia, a co za tym idzie, bonusy do zdrowia, czy dodatkowe, specjalne ruchy. Gra pozwala na rozgrywkę 6-osobową, zarówno online i w kanapowym coopie. Nie wiem tylko jaką trzeba mieć kanapę, ale jedno jest pewne – wspólna zabawa ze znajomymi dawno nie dawała takiej radości, jak przy Teenage Mutant Ninja Turtles: Shredder’s Revenge. Miód wylewa się z ekranu, tak samo jak sosy na pizzę, która jest obowiązkowym daniem pod wieczorne posiadówy. Jedyną łyżką dziegciu w skorupie miodu jest wkradający się niekiedy chaos podczas grupowego zebrania 5-6 graczy. Wystarczą dwa specjale i może się okazać, że pomyliłeś kumpla z triceratopsem, czy innym gagatkiem o tym samym ubarwieniu. Przy tym warto wspomnieć, że przy większej ilości zawodników wzrasta ilość przeciwników do pokonania, a bossom wolniej schodzi pasek życia.

Twórcy przygotowali przy tym nie lada niespodziankę. Oprócz klasycznych Żółwi: Leonarda, Donatella, Michelangela i Raphaela, możemy wybrać rudowłosą April O’Neil oraz szczurzego mistrza ninjutsu Splintera. Po zaliczeniu jednego z trybów odblokowuje się Casey Jones. To ten z maską i kijem hokejowym. W trybie Story mamy klasyczną historyjkę wprost z kart komiksów, o której nie ma za bardzo co się wypowiadać. W skrócie – Żółwie oglądają telewizję, następuje zwrot akcji – Shredder ze swymi ziomkami opanowali miasto, Mike’owi spadł placek, Leo się wkurzył, więc należy skopać muszlę wszystkim złolom! Klisza goni kliszę, ale tutaj przecież chodzi o złojenie androidowych tyłków z klanu Stopy, a nie fabułę rodem z serialu paradokumentalnego „Trudne Sprawy”.

Do wyboru mamy trzy poziomy trudności, i o ile pierwsze dwa, czyli ‘chill’ i ‘okey’ jest… chilloutowy i okej (hłe, hłe) – tak najtrudniejszy ‘gnarly’ może przysporzyć trochę problemów zwłaszcza podczas pierwszego wyboru, kiedy nie opanowaliśmy wszystkich ruchów i nie poczuliśmy „flow” gry, że tak się wyrażę. Mechanika walki jest banalnie prosta i składa się na kombinację czterech ciosów, szybkich wybić z ziemi, uderzeń w powietrzu, uników, doskoków i podcięć w biegu. Dochodzą do tego quick charge, graby i efektowne specjale. Aby użyć tego ostatniego należy dokopać kilkunastu typkom, lub „zadrwić” z nich, aby uzupełnić pasek najmocniejszego uderzenia obszarowego w walce.

Świetne są przy tym animacje i ruchy, unikatowe dla każdego wojownika, jednak zazwyczaj o podobnym efekcie działania. Michelangelo może zrobić wślizg na skorupie i odbijać się po pustych łepetynach przeciwników, Leonardo ma efektowny obrotowy slash mieczami w powietrzu, April podczas specjala obraca kamerą telewizyjną, Raphael potrafi powalić wroga stosując na nim suples, a Donatello używa ‘taunta’ grywając na gameboyu. Różnice między żółwiami i innymi wojownikami są zatem marginalne pod względem walki, a każdym gra się wyśmienicie. Duża w tym zasługa prostoty sterowania jak i systemu pozwalającego na łączeniu ciosów tworzących coraz to efektowniejsze kombinacje np. kiedy żonglujemy przeciwnikiem w balecie zagrań, a ten odbija się od „krawędzi” ekranu niczym szmaciana lalka.

Gra pozwala na rozgrywkę 6-osobową, zarówno online i w kanapowym coopie. Nie wiem tylko jaką trzeba mieć kanapę, ale jedno jest pewne – wspólna zabawa ze znajomymi dawno nie dawała takiej radości

Etapy są krótkie, ale dzieje się na nich dużo i jest tyle atrakcji, że można byłoby porozdzielać je dla kilku osobnych produkcji o Żółwiach na kolejne 20 lat. W moim ulubionym zoo, „kitowce” wyskakują zza krzaków, pomniki Shreedera wykruszają się uwalniając fioletowych ninja, małpy w klatkach rzucają bananami, nosorożce taranują zaciekle sprawiając, że możemy spłaszczyć się na grubość kartki do papieru etc.

Wracają również klasyczne przeszkadzajki jak upadające banery reklamowe, otwarte studzienki kanalizacyjne, wybuchające beczki, działka wysuwające się spod ziemi, czy wystające deski, które niczym grabie na trawniku mogą pacnąć w twarz. Mamy również jazdę na lewitujących deskach, upierdliwe robociki w kanałach, czy kolorowych ninja z klanu Stopy w kilkunastu odmianach. Ogólnie mógłbym sprawić, aby recenzja składała się z wszystkich zaobserwowanych odwołań do poprzedników, ku wielkiej radości ortodoksyjnego fana Żółwi ninja, ale on już zaliczył 160 razy grę i rozpracował poziomy na 1240 sposobów. Więc nic tu po mnie.

Wcześniej wspomniany fan-service występuje również w czasie potyczek z bossami, ale nie mam zamiaru nikomu psuć niespodzianki, kiedy zobaczy na ekranie starego znajomego z poprzednich odsłon TMNT. Aha – głosów Żółwiom użyczyła obsada odpowiedzialna za oryginalną animację z 1987 r., a soundtrack skomponowany przez Tee Lopesa w genialny sposób uchwycił muzycznego ducha utworów z tamtych lat. Powiem więcej, piosenki są na takim samym, wysokim poziomie jak w Teenage Mutant Ninja Turtles 3: The Manhattan Project. Zresztą wystarczy posłuchać. NIE-SA-MO-WI-TY soundtrack!

 

Nie wiem, czy dało się zrobić cokolwiek tu lepiej. Klimat wprost wylewa się z ekranu i nawet nie trzeba być wielkim fanem żółwi błotnych, aby mieć takiego w terrarium. Wszystko zagrało łącznie z rozgrywką dającą ogromne ilości funu i fantastyczną muzyką. Malkontenci i niektórzy recenzenci (w sumie to jedno i to samo) jako największy minus wskazują długość gry, którą można skończyć w dwie godziny. Tylko zapominają o tym, że to klasyczny beat ’em up w dawnym stylu. Zapominają również, że grę można przejść samemu każdą postacią na różnych poziomach trudności, w dwóch trybach i opcji kanapowego coopa dla 6 graczy. Co daje w prostym przeliczeniu jakieś 216 godzin. A tak zupełnie na serio. Kupiłeś pizzę pepperoni? Kupiłeś grę w limitowanej edycji udostępnionej przez Limited Run Games? To co tutaj robisz? Cowabunga!

 

  • długość gry to przybliżony czas zaliczenia trybu story i arcade
5 3 votes
Oceń Wpis
Subscribe
Powiadom o
guest

2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments

Dla mnie zakup obowiązkowy tyle tylko że nie teraz bo z budżetem słabo😅 Bardzo fajna recenzja super się czytało! Pozdrawiam

Widać, że retro w sile i chociaż to nowa gra, to wciąż stylistyka na 8 czy 16 bitów ma spore wzięcie. To chyba kwestia tego, że młode pokolenie siedzi głównie w mainstreamowych grach online. Stara gwardia natomiast łyka bez popitki gry nawiązujące do ich młodości – zwłaszcza, gdy okazuje się, że taka gra to sztosik.

Last edited 1 miesiąc temu by Gomlin
2
0
Napisz co myślisz, zostaw komentarz.x