Stray Gods: The Roleplaying Musical
Nieszczególnie przepadam za musicalami, a „gry-filmy” przeważnie mnie nudzą. Nie mam nic przeciwko dobrej historii, ale rzadko kiedy wynagradza mi ona szczątkowy gameplay. Twórcy Stray Gods, Summerfall Studios, poszli o krok dalej względem autorów innych „visual novelek”, oferując nam nie tylko kapitalny kryminał, lecz także spektakl godzien bogów. Zapraszam do recenzji.
Główną bohaterką Stray Gods jest Grace, która podczas próby zespołu poznaje tajemniczą dziewczynę. Pod koniec tego samego dnia nieznajoma pojawia się w mieszkaniu Grace śmiertelnie ranna i wkrótce dokonuje żywota na rękach naszej bohaterki. Okazuje się, że była to grecka muza imieniem Kaliope, a skoro Grace była ostatnią osobą, która widziała ją żywą, zostaje oskarżona o morderstwo przez Atenę. Bogini mądrości daje nam siedem dni na udowodnienie swojej niewinności.
Teza, że bogowie Olimpu żyją wśród nas w ukryciu, już jest wystarczająco solidną podstawą historii, lecz to nie wszystko. Umierając, Kaliope przekazała Grace swoją moc, dzięki której osoby postronne uzewnętrzniają się… śpiewając. A my, jako gracze, mamy wpływ na słowa pieśni za sprawą decyzji, które podejmujemy w trakcie „przedstawienia”. Innymi słowy, najważniejszych wyborów, nierzadko decydujących o życiu lub śmierci, dokonujemy pomiędzy jedną zwrotką a drugą. Stray Gods to pełnoprawny interaktywny musical, a my gramy w nim główną rolę.
Węzeł gordyjski
W trakcie śpiewania możemy podejmować trzy rodzaje decyzji: empatyczną, błyskotliwą lub konfrontacyjną, oznaczone odpowiednio zielonym, niebieskim i czerwonym kolorem. Nie znaczy to, że na przykład opcja czerwona będzie zawsze „masseffectowo agresywna”, ale dzięki temu podziałowi można szybciej dokonać wyboru, kiedy czas nagli. Generalnie nie lubię być pospieszany, kiedy od jednego kliknięcia zależy czyjeś być albo nie być, ale gdyby nie to ograniczenie czasowe, z niektórymi decyzjami zapewne zwlekałbym bardzo długo. Serio, nie spodziewałem się w Stray Gods dylematów moralnych na miarę Wiedźmina czy The Wolf Among Us. Dość powiedzieć, że na wiele pytań nie istnieje tu jednoznacznie dobra odpowiedź, a konsekwencje niektórych moich czynów będę jeszcze wielokrotnie rozpamiętywał i analizował przed zaśnięciem.
Podczas dialogów nieśpiewanych możemy zwlekać z odpowiedzią do woli, lecz rzadko czeka nas w nich twardszy orzech do zgryzienia. Nie znaczy to, że rozmowy są nudne – przeciwnie! To właśnie w przerwach na oddech możemy w pełni docenić kunszt scenarzysty Stray Gods, Davida Gaidera (eks-writer w BioWare, ojciec Dragon Age’a), którego bogowie i bohaterowie są jednocześnie wyraziści i boleśnie ludzcy. Nie są ukazani w krzywym zwierciadle niczym w serii God of War, lecz każdy z nich jest cieniem samego siebie sprzed lat. Apollo, bóg słońca, non stop chodzi (przepraszam) przygaszony. Persefona, niegdyś królowa Podziemia, jest zaledwie właścicielką klubu nocnego. Nawet Pan, boski intrygant i kobieciarz, nie jest już taki, jak kiedyś. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Stray Gods potrafi radośnie zagrać na oczekiwaniach odbiorcy, wyniesionych z kart podręczników do historii i polskiego.
Bogowie pośród nas
Karkołomna decyzja, by pozwolić graczowi dyktować przebieg piosenek, oznaczała stworzenie ich w co najmniej trzech wersjach. I rzeczywiście, oprawa muzyczna to drugi (obok fabuły) filar, na którym opiera się Stray Gods. Gra oferuje dobre cztery godziny samej muzyki, lecz w trakcie pojedynczego podejścia posłuchamy może jednej trzeciej całego repertuaru. Soundtrack nie składa się wyłącznie z unikalnych piosenek, lecz ich wariacje różnią się zarówno tekstem, jak i instrumentami. Przyznaję, że największą motywacją do podejmowania „czerwonych” decyzji (choć przeważnie wybierałem zielone) była dla mnie obecność mocniejszych brzmień na pięciolinii.
O ile mogę z czystym sumieniem polecić ci Stray Gods dla samej historii, tak muzyka będzie dla ciebie wielką niewiadomą. Wszystko zależy od tego, czy lubisz Broadwayowski klimat. Stray Gods posiada sceny zapierające dech w piersiach, a oprawa muzyczna gra w nim równie istotną rolę, co aktorzy czy grafika. I gdyby nie fakt, że trzeba z uwagą śledzić tekst, by móc pociągnąć pieśń w pożądanym kierunku, sceny muzyczne można by chłonąć bez opamiętania. Ale kiedy kurtyna opadła, w pamięci nie pozostała mi ani jedna melodia czy lejtmotyw. Większość piosenek wleciała mi do mózgu jednym uchem i wkrótce wyleciała drugim. Fabuła Stray Gods broni się sama bez elementów musicalowych, lecz są one bez wątpienia tym, co wyróżnia ją na rynku, a włożony w nie wysiłek po prostu widać. Naprawdę chciałbym polubić ten soundtrack, ale zwyczajnie mnie nie rusza.
A nie usłyszymy tutaj byle czego, byle kogo. Za większość kompozycji odpowiedzialny jest Austin Wintory (Podróż, The Banner Saga, Assassin’s Creed Syndicate), a w roli głównej występuje tu Laura Bailey (The Last of Us Part II). Zresztą obsada pełna jest nazwisk zarówno sławnych, jak i utalentowanych, że wymienię tylko Troya Bakera, Ashley Johnson, Mary Elizabeth McGlynn i Merle Dandridge. Aktorzy spisali się na medal i pokuszę się o stwierdzenie, że nie tylko dla muzyki warto grać w Stray Gods w słuchawkach.
Ocena Stray Gods sprawia mi nie lada kłopot. Z jednej strony fabuła to światowa ekstraklasa, z drugiej muzyka mogłaby być lepsza. A jednak w żadnym dialogu czy utworze nie padła ani jedna fałszywa nuta. Nieraz podczas grania zapominałem o Bożym świecie, niemalże przecierając oczy ze zdumienia na widok tego, co dzieje się na ekranie. Jedno wiem na pewno: będę tęsknić za bohaterami Stray Gods.













![Stray Gods The Roleplaying Musical Stray Gods [1]](https://cross-play.pl/wp-content/uploads/2025/05/stray-gods-3-1024x576.jpg)
![Stray Gods The Roleplaying Musical Stray Gods [2]](https://cross-play.pl/wp-content/uploads/2025/05/stray-gods-2-1024x576.jpg)
![Stray Gods The Roleplaying Musical Stray Gods [3]](https://cross-play.pl/wp-content/uploads/2025/05/stray-gods-4-1024x576.jpg)
