Side Quest #6 (lipiec 2026)

Witam w kolejnej odsłonie cyklu Side Quest, czyli naszej comiesięcznej serii krótkich felietonów autorstwa redaktorów Cross-Playa. W tym wydaniu May_Day zrywa z kończeniem gier za wszelką cenę, Gomlin komentuje odejście Sony od płyt, hrabia przekonuje się do grania hybrydowego, a Hagen robi kanapkę z indykiem, dżemem i płatkami śniadaniowymi. Smacznego! Znaczy się, miłej lektury!


Graj se, w co tam chcesz


May_Day: Generalnie odkąd zacząłem grać w gry bardziej „świadomie”, starałem się ukończyć każdą, którą zacznę. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, choć jeśli miałbym zgadywać, postawiłbym na lektury szkolne: czy ci się podoba czy nie, musisz je przeczytać i już. A że uczniem starałem się być raczej pilnym, to się czytało… I dziś nadal jestem pod wrażeniem, jak szybko „Lalka” Prusa potrafiła mnie zmorzyć snem, i to w szkolnym busie.

Z grami miałem podobnie: musiało mi coś wyjątkowo „nie siąść”, żebym dany tytuł odpuścił. Ale jeśli gra była kiepskawa, ale nie tragiczna, cóż – czołgałem się do napisów końcowych. Dzięki temu ukończyłem takie hity, jak Split/Second (ścigałka bez prędkościomierza? Litości!) czy Ratchet & Clank: All 4 One (jedyne jak dotąd dzieło Insomniac, które srogo mnie rozczarowało). Uczucie było podobne, co przy czytaniu tej cholernej „Lalki”, może z wyjątkiem senności, którą zastępowało wk&*$ienie. Ale „powiedziało się A, trzeba powiedzieć B”.

Z czasem przyszło swego rodzaju otrzeźwienie. Przybyło obowiązków: jedna praca, druga praca, studia… Wreszcie dotarło do mnie, że dobrych gier jest mnóstwo, a życie mam jedno. Dlatego teraz jestem już bardziej wybredny, w czym wydatnie pomaga mi między innymi Epic Games. Co prawda o większości udostępnianych tam za darmo gier nigdy nawet nie słyszałem, ale co jakiś czas trafiają się perełki, że wymienię chociażby Darksiders IICelesteOxenfree czy Gone Home.

Mógłbym bujać się na siłę z Cry of Fearem. Ale kiedy myślę sobie, że tuż za rogiem (albo za dziesięć złotych) może mnie spotkać kolejna przygoda, która zmiażdży mnie równie mocno, co na przykład Stray Gods (ostatnio było to genialne Haven, polecam gorąco!), szlag mnie jasny trafia.

Dobrych gier na rynku jest tyle, że można grać po prostu w to, na co ma się ochotę. A stresu w życiu, jak każdy, mam pod dostatkiem. Nie zamierzam się dodatkowo stresować moim ulubionym hobby.

Haven
Serio, Haven jest takie dobre.

Warto mieć wybór


Gomlin: Początkowo chciałem poruszyć zupełnie inny temat, ale wieść, jaka gruchnęła pierwszego lipca na oficjalnym blogu Sony, nie daje mi spokoju. Oczywiście mowa tu o wycofaniu się „niebieskich” z wydawania gier na fizycznych nośnikach od stycznia 2028 roku. Już teraz możemy stwierdzić, że czeka nas koniec pewnej epoki. Temat jest gorący i, korzystając z okazji, chciałbym podzielić się z wami moimi przemyśleniami.

Ci, co mnie lepiej znają, doskonale wiedzą, jakie mam podejście do cyfrowej dystrybucji. Doceniam wiele jej aspektów, głównie wygodę oraz dostępność. Nie da się ukryć, że ściągnięcie gry potrafi być procesem znacznie szybszym niż instalacja z płyty. Jestem graczem starszej daty i osobiście lubię mieć na półce pudełko z płytą lub kartridżem w środku. W „cyfrze” nie podoba mi się narzucana odgórnie umowa licencyjna, na jaką musimy przystać. Ludzie wciąż nie zdają sobie sprawy, co oznacza dzisiaj pełna cyfryzacja. Po pierwsze, całkowicie uzależnimy się od jedynego możliwego miejsca zakupów. Nie ma mowy o tym, że jakiś sklep zrobi promocję, a jeszcze inny będzie mieć lepszą ofertę. O kupieniu „używki” w niższej cenie nie ma co marzyć. To wszystko dotyczy jednak kwestii czysto finansowych.

Dużo gorzej przedstawia się fakt, którego nie widać na pierwszy rzut oka. Żadna, powtarzam, żadna gra kupiona „w cyfrze” nie jest naszą własnością. Jeżeli nie macie siły przebicia w mediach, to wraz z chwilą, w której ktoś włamie się na wasze konto, tracicie wszystko. Doskonale obrazowała to niedawna sytuacja, kiedy niejaki Ojciec Gracz rozpętał burzę w mediach, bo Microsoft, po zgłoszeniu przez niego kradzieży konta, zwyczajnie olał sprawę. Gdyby nie upór, masa nerwów i olbrzymi odzew gamingowej społeczności, prawdopodobnie już nigdy nie odzyskałby swojej (budowanej latami!) biblioteki. Sony również nie jest święte – bynajmniej. Wystarczy przypomnieć, jak japońska korporacja zabrała swoim użytkownikom całkowity dostęp do – uwaga – wykupionych cyfrowo filmów. Prawa wygasły, koniec. I co nam zrobicie?

Side Quest - Sony PlayStation

W mroku dziejów ginie wiele produkcji, do których wygasły podpisane między firmami umowy. Wielu z nas potrafi docenić, kiedy w grze słyszymy znane kawałki muzyczne albo gdy gra jest oparta na znanej franczyzie. Tutaj piękny przykład to gra Deadpool. Activision straciło prawa do marki i co dalej? Nic. Nikt nie będzie dopłacał do biznesu grubego hajsu, żebyś ty, drogi graczu, mógł sobie zagrać. Kod produkcji jest co prawda własnością Activision, ale prawa do jej dystrybucji już nie posiadają, więc nie można przygotowywać kolejnych jej wydań, tłoczyć i sprzedawać. Gra została wymazana z pamięci cyfrowej dystrybucji dosłownie wszędzie. Miałeś szczęście i kupiłeś grę zawczasu w cyfrowej dystrybucji? Brawo! Dopóki ktoś nie uzna, że trzeba ją całkowicie zdelistować (jak niegdyś P.T.), możesz się nią cieszyć. Nie zrobiłeś tego? Przegapiłeś swoją szansę na wieki wieków. A nie, wróć! Jeśli posiadasz płytę, to zagrasz. To jeden z nielicznych przykładów tego, że takie sytuacje mają miejsce, a kiedy „cyfra” osiągnie swoją hegemonię, takie rzeczy będą się zdarzać częściej. W porównaniu z tym, Game-Key Cardy Nintendo (chociaż sam bardzo negatywnie się o nich wypowiadam) wyglądają lepiej niż puste pudełko z wydrukowanym kluczykiem. Kiedy gra nam nie spasuje, mamy przynajmniej opcję puścić ją dalej i odzyskać sporą część pieniędzy.

Jest jeszcze jedna rzecz o dość, moim zdaniem, negatywnym wydźwięku. Jak dobrze wiemy, kiedy na rynku zaczyna czegoś brakować, towar ten zaczyna stawać się trudno dostępny, a to pociąga za sobą gwałtowny wzrost jego wartości. W związku z tym spora część gier na PS4 i PS5 wkrótce może zacząć osiągać znacznie wyższe ceny. W tym momencie warto zastanowić się, czy warto odkładać w czasie uzupełnienie naszej kolekcji.

Pozostaje jeszcze kwestia tego, jak Sony podejdzie do PS6. Chodzą słuchy i domniemania, że nowa konsola będzie pozbawiona napędu. W teorii wydaje się to logiczne, bo skoro nie wydajemy gier na płycie, to po co napęd? W praktyce jednak jest to odcięcie się od naprawdę sporej liczby graczy, których kolekcja gier na PS4/PS5 nagle stanie się gówno warta w obliczu nowej konsoli. I jeżeli nie będzie opcji dokupienia napędu, tak jak jest to obecnie, to będzie największy fail od czasów pierwszego pokazu Xboksa One. A tak po prawdzie, to nastąpi powrót do przeszłości.

Na dzień dzisiejszy Xbox dostał ogromną kartę przetargową, jaką są fizyczne nośniki. Genialnym posunięciem byłoby pokazanie analogicznego sposobu na wymianę gier, jaki pokazało Sony w 2014 roku. Niestety są na to nikłe szanse, a sam MS prawdopodobnie zamiast wykorzystać okazję na umocnienie swojej pozycji na rynku i budowę dobrego wizerunku, zapewne przyklepie ten pomysł. Tak samo zresztą Nintendo, gdyż obecne GKC to tylko preludium do pełnej cyfryzacji.

W ostatecznym rozrachunku nie chodzi o to, by się kłócić, co jest lepsze, gorsze, wygodniejsze i tym podobne. Najzwyczajniej w świecie warto mieć po prostu wybór i, kto wie, może warto jeszcze o niego zawalczyć.


Deadly Premonition i kanapka grzeszników


Hagen: Wracając jakiś czas temu z pracy, po ciężkim dniu wpadł mi do głowy dość dziwny pomysł. Wiecie, jak to jest – czasami myśli dryfują swobodnie w dość niespodziewane rejony świadomości i Bóg jeden raczy wiedzieć, na co tam natrafią. Cóż takiego wyciągnął na wierzch świadomości mój mózg? Poza normalnym obiadem postanowiłem przygotować sobie do jedzenia coś jeszcze. Zupełnie bez powodu przypomniała mi się znana skądinąd niektórym gra Deadly Premonition oraz danie, które regularnie zamawia dla siebie tajemniczy milioner, Harry Stewart. Gdy kelnerka przekazuje posiłek jego asystentowi, główny bohater nagle stwierdza:

Wygląda to na kanapkę grzeszników. Jest to sposób wymierzenia kary samemu sobie, aby odpokutować za grzechy przeszłości. Chce dać przykład innym.

W rzeczywistości coś takiego jak kanapka grzeszników nie istnieje i jest jedynie wymysłem twórców gry. Czy faktycznie jest sposobem wymierzania sobie samemu kary, przekonałbym się raczej po jej spróbowaniu. Odpokutować za żadne grzechy przeszłości nie muszę – jeśli już, to prędzej za tę odrobinę szaleństwa, która podpowiedziała mi, żeby tę kanapkę w ogóle przygotować. Ktoś mógłby powiedzieć, że co sześćdziesiąt sekund na świecie mija minuta, a ja marnuję jedzenie na coś bezsensownego. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że na przygotowanie tej jednej kanapki nie zmarnowałem wszystkich składników naraz i zachowały się na inną okazję. Z drugiej strony, żyjemy w świecie, w którym istnieje książka kucharska inspirowana serią God of War, więc może jestem dla siebie nazbyt krytyczny.

SideQuest - Deadly Premonition
Sprawcy całego zamieszania.

Z czego składa się wspomniana kanapka? Zgodnie z informacją przekazaną przez pracownicę jadłodajni, Olivię Cormack, jest to kanapka z indykiem, dżemem truskawkowym oraz płatkami zbożowymi. Mało wyszukany przepis, więc przygotowanie posiłku nie zabrało wiele czasu. Nie zwariowałem jeszcze (choć po tym tekście zdania mogą być podzielone, zdaję sobie z tego sprawę) więc stwierdziłem, że przygotuję tylko jedną kanapkę. W końcu nie miałem pojęcia, czy jest sens robić ich więcej, jeśli już po pierwszej nie będzie odpowiadać mi smak. Na ogół nie jestem zwolennikiem mieszania potraw mięsnych z rzeczami słodkimi, choć wiem, że lubi to wiele osób i jest to dość powszechne upodobanie. Tutaj jednak takie połączenie było nieuniknione.

Deadly Premonition nie podaje dokładnego przepisu na ową kanapkę. Mamy do dyspozycji jedynie wymienione składniki i jedno krótkie ujęcie na gotowe „danie”. Bo i po co więcej, przecież nikt by się chyba nie porywał na robienie tego typu jedzenia w rzeczywistości?

Jeśli chodzi o pieczywo, posłużyłem się chlebem tostowym, posmarowanym jednak masłem (Omega-3, które jest dobre dla twojego serca! Tak przynajmniej zapewnia producent, choć wątpię, że myślał o stosowaniu masełka przy takim przepisie. Coś w tym jednak musi być, skoro o tym, jak istotne dla zdrowia są właśnie te cudowne kwasy Omega-3 wspominają również Opętani w grach z serii Alan Wake. Cześć pierwszą serdecznie polecam, „dwójkę” już niekoniecznie). Jeśli chodzi o dżem truskawkowy, również pomogłem sobie zwykłym z sieciówki (sam ogródka nie posiadam, więc i nie bardzo mogę robić własny). A indyka pokroiłem na kilka drobnych kawałków i podsmażyłem razem z przyprawami. Do samej kanapki nie miałem zamiaru użyć go wiele, więc z reszty zrobiłem na normalny obiad już coś sensowniejszego. Płatki zbożowe zastąpiłem zwykłymi kukurydzianymi, bo zresztą i obraz w samej grze sprawia wrażenie, że o takie mogło właściwie chodzić. Zresztą co za różnica, i tak przepis wygląda na wymyślony przez scenarzystę zupełnie przypadkowo, nomen omen, w przerwie obiadowej.

SideQuest - Deadly Premonition
Apetyczna, prawda?

Tak więc zjadłem to przedziwne coś. No i… ciężko mi powiedzieć, czego właściwie się spodziewałem. Smakuje to jak indyk, truskawki i płatki zbite w jedno. Da się to przełknąć, ale to nadal kanapka z rzeczami wrzuconymi bez ładu i składu, każda z innej parafii.

Jest jednak coś niezwykłego w tym, że tak na dobrą sprawę dość słabo wykonana gra (ale przy tym na pewien sposób urocza) wpadła mi przypadkiem do głowy, podpowiadając mi, by przygotować do zjedzenia coś, co swego czasu było memem nierozerwalnie związanym z Deadly Premonition.

Na koniec mogę powiedzieć jedynie, że możecie spróbować zrobić taką kanapkę sami, ale sensu większego w tym nie widzę – a tego, że wam posmakuje, nie jestem w stanie zagwarantować. Dla mnie dość specyficzne połączenie składników nie było zbyt udane, a zjadłem całą kanapkę tylko dlatego, że nie lubię marnować jedzenia. Drugi raz jej już jednak nie zrobię. Ale Deadly Premonition chyba sobie za niedługo odświeżę.


Mobilność w cenie


hrabia: Przez większość swojego życia nie przepadałem za konsolami przenośnymi. Gdy w czasach dawno minionych przyjechał z Niemiec mój kuzyn, przywiezionego przez niego czarno-białego Game Boya skwitowałem jedynie uśmiechem politowania. Z kolei w erze zagrywania się na PlayStation 2, wieść o premierze PlayStation Portable wywołała u mnie dziwny niesmak połączony z niepokojem. No bo jak to tak, żeby kieszonkowy kawałek plastiku oferował grafikę na poziomie najlepszej na rynku stacjonarnej maszynki? W głowie mi się to nie mieściło. I dopiero kilka lat temu, kupując moją pierwszą w życiu konsolę Nintendo, postanowiłem przełamać to skostniałe przekonanie.

Switcha Lite wspominam bardzo ciepło, jednak największa zmiana w moim podejściu nadeszła w zeszłym miesiącu. Drugi Switch okazał się świetnym zakupem (o czym możecie przeczytać w poprzednim wpisie), ale to, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to cały ten koncept hybrydowości. Siadając przed dużym ekranem z padem lub Joy-Conami bawię się jak zawsze świetnie, lecz możliwość zatrzymania gry w dowolnej chwili i zabrania jej ze sobą na kanapę, do sypialni, czy do plecaka, to zupełnie inny poziom interakcji ze sprzętem. Gdy za pięć minut zaczyna się kolejny mundialowy mecz, nie muszę nerwowo kończyć rozgrywki, bo przecież w każdej chwili mogę wypiąć grę ze stacyjki i dokończyć poziom czy questa podczas śpiewania hymnów. Funkcja Quick Resume nigdy wcześniej nie była dla mnie aż tak przydatna.

Side Quest 6 - hrabia
O tych grach może jeszcze w tym roku przeczytacie.

W temacie hybrydowego grania poszedłem o jeszcze jeden krok dalej. Usługę Xbox Game Pass opłacam już od dłuższego czasu, ale do tej pory wykorzystywałem ją wyłącznie na konsoli Series X. I choć forsowane przez Sarah Bond motto „Xbox Play Anywhere” na dłuższą metę nie zdało egzaminu, tak postanowiłem wreszcie zobaczyć, jak działa to słynne granie w chmurze. I ponownie zostałem bardzo mile zaskoczony! Biblioteczka tytułów dostosowanych do ekranu dotykowego jest ogromna, a same gry uruchamiają się błyskawicznie. Wśród przetestowanych tytułów znalazły się między innymi Final Fantasy II (swoją drogą, w usłudze dostępny jest już cały pakiet Pixel Remastered), a także Vampire Survivors. Zwłaszcza ten drugi tytuł, w którym tak naprawdę chodzimy tylko po płaskiej, dwuwymiarowej planszy, idealnie nadaje się do krótkich sesji ze smartfonem. A że od dawna myślałem o powrocie do hitu z 2022 roku, postanowiłem wykorzystać nadarzającą się okazję.

I z jednej strony mógłbym się dziwić swojemu podejściu, ale z drugiej, jestem w stu procentach świadomy, na jakim etapie życia właśnie się znajduję. Określeniem „dad gamer” nie czuję się zbytnio urażony, bo właśnie tak samemu określiłbym kierunek, w którym w ostatnich miesiącach podążyła moja gamingowa pasja. Może się to wydawać idiotyczne, ale bywają dni (i jest ich w ciągu roku całkiem sporo!), że właśnie takie kilkuminutowe przerwy pomiędzy kolejnymi obowiązkami pozwalają mi poczuć, że ciągle jeszcze jestem graczem. I być może właśnie dlatego tak ciepło przyjąłem koncepcję frywolnego przeskakiwania między konsolą stacjonarną, przenośną, a nawet możliwością odpalania dalszej rozgrywki na telefonie. Byle tylko nie stracić nadziei, a lepsze czasy w końcu nadejdą.